Blog > Komentarze do wpisu

DOM MODY

SUBIEKTYWNA HISTORIA ZESPOŁU DOM MODY (1982-1985)
1.
Może zacznę od początków. Urodziłem się... (wszyscy to znamy z "Rejsu" w brawurowej, z dużą dozą prawdopodobieństwa - kacowej interpretacji wzorcowego KaOwca). W 80-tych latach powstał zespół Dom Mody, właściwie w pierwszej połowie lat 80-tych. Tak... Dokładnie w pierwszej połowie pierwszej połowy: w 1982... Tak, w 1982, na początku tegoż roku. Zadekowaliśmy sie w kieleckim WuDeKu, wÓdeku? - nie, ja wtedy nie piłem, to oni pili, CI - instruktorzy. Pierwszy skład: Jacek Zalewski śpiewał - inteligentny licealista, pisał teksty korzystając z wierszy młodopolskich poetów: brał tomik, wyciągał metafory, konwertował "pod" nasz czas (też, ówcześnie, młodych); Boguś "Olek" Olczyk wyznaczał rytmy: na naszym terenie był najlepszym perkusistą, szybko załapał kapitalistyczne trends, że przejście robimy na werblu ta-ta lub tu-tu-tu, a nie przesypujemy ziemniaków (socjalizm) z worka do worka: salomonowa robota; Andrzej Wolski - dzisiejsza gwiazda muzyki elektronicznej (i muzycznych pejzaży) w naszym kraju - z pracowitym zaangażowaniem, ale i młodzieńczą brawurą, urabiał jeden z najpopularniejszych podówczas klawiszowych sprzętów: organy B-11; i ja: skromny mikuś - próbowałem coś komponować, podkładać elektroniczny bas i wygrywać jakieś nieporadne melodyjki na drugim manuale...
W zespole grali jeszcze: Andrzej Łukasik - obecny anglista, ówczesny - jedyny w Kielcach klangujący basista (przynajmniej w mojej przestrzeni); później - na jarocińskich występach - pojawił się Jacek Krełowski, z którym zresztą już wcześniej muzykowaliśmy na dwa fortepiany, amortyzując instrumenty Szkoły Muzycznej, do której skwapliwie uczęszczaliśmy (czasem "za", a nawet "ponad" nią: lubiliśmy przesiadywać na rozkładającym się strychu w jednym z jej budynków, obserwując przez zmurszałe deski stare miasto z ludźmi o przetłuszczonych włosach, głęboko spoconymi - z wylanymi na to wszystko wodami kolońskimi o unikatowej dziś woni, kupionymi naprędce w jakimś kiosku "Ruchu"); jeszcze później doszedł Lucjan Dulnik, ale o nim jeszcze będzie - później, później.
Mieliśmy też - a jakże - swoich akustyków (to brzydko powiedziane), REŻYSERÓW DŹWIĘKU, tak, to rzeczywiście oddaje ich kreatywność w przekraczaniu ograniczeń sprzętu (nagłaśniającego i nagrywającego), jaki był dostępny w peerelu. Paweł Wawrzała - zapalał się bez problemu - wszędzie było go pełno, mienił sie jak dyskotekowa kula. Stasiu Sidor - ostoja spokoju, celebryta konsolowych gałek. Tworzyli niezły tandem. "Jeden bez drugiego" nie istnieje w mojej pamięci.
Pojawiło się w moim zasięgu - bo grałem - nieduże, ale elitarne grono, które słuchało muzyki jakiejś takiej nowej, po-raz-pierwszej: nowa fala, new romantic... Punk - to było już dość stare, przyschnięte gówno, którego lepiej nie ruszać, bo jak zaśmierdzi... Zacząłem słuchać nagrań (docierały do nas z Londynu, kto miał najnowsze single - był gość, o longach już nie wspomnę... sam miałem jedynie jeden z magicznego Zachodu - grupy Visage) Ultravoxu, Spandau Ballet, Duran Duran - głęboko wierząc, że to niesamowicie odkrywcza muza, a to - po latach widzę wyraźnie - był zwykły pop tamtej epoki z całym marketingiem od stóp do głów! (no może prócz Ultravox). Ale wtedy te przehallowane przestrzenie, cykające breczki brały mnie jak gąbka wodę. Nie stroniłem też od Stranglersów, B-52's czy jugolskiej odmiany nowej fali - i to mnie "uratowało"...

Nasze "subkulturowe" środowisko (nawet nie wiem, jak się nazywaliśmy, właściwie, to chyba nie mieliśmy - jednoznacznej - nazwy) łączyło jedno: byliśmy elitą, byliśmy szczytem, byliśmy oryginalni i najnowocześniejsi! To, że było nas tak mało - tym bardziej uwznioślało naszą wyjątkowość (w większości byliśmy z jednego, kieleckego osiedla - ksemu, jakieś 30-40% z nas - z jednego bloku!).
Ponieważ grałem - wszyscy mnie lubili.
2. TORUŃ 1983
Mieliśmy już tyle kawałków, że wręcz wypadało je nagrać i wysłać na jakieś Przeglądy, Festiwale. Sesja utrwalająca odbyła się w WuDeKu - nasi dźwiękowi reżyserzy dokonali rzeczy "z pogranicza dostępnych możliwości" (niestety, na dzień dzisiejszy nie mam do tych nagrań dostępu, ich kultowość wzrosła - może ktoś, kiedyś, odkryje je - wielki odkrywca na tle zachodzącego słońca!).
Zakwalifilkowaliśmy się na "Przegląd Zespołów Nowofalowych" w Toruniu (1983) w kultowym - już wtedy - klubie "Od Nowa". Dyrekcja Wojewódzkiego Domu Kultury (Wojewódzki dopiero próbował pukać w perkusyjkę...) wypożyczyła nam znaczną część klawiszowego sprzętu, zataszczyliśmy ją do pociągu i hajda na dalekie światy!
Nasz sprzęt. Analogowy syntezator Arp - robił za bas: bzy bzy i pierdziu-pierdziu - takie wydawał dźwięki (grałem na nim oktawki, albo w podwójnej repetycji - oktawki, albo repetytywne prymy, w jednym z utworów odkrywcze kwinty!; zresztą, te oktawy na syntetycznym basie były na naszej scenie muzycznej - polskiej, blokowosocjalistycznej, a co dopiero kieleckiej - zupełnym novum). String - Vermona z DDR: właściwie do podkładania akordów, ale - z braku laku - musiałem wykorzystywać ją i na melodyjki, i na rytmiczne riffy czy kontrapunkty do linii wokalu. Andrzej, a później Jacek, rozkładali przed oniemiałą publicznością trójdźwiękowe dywany, raczej bez przewrotów (nie lubiliśmy łączyć kultury muzycznej z fizyczną) na uniwersalnych, ponadczasowych, wielce już dziś zasłużonych organach B(11 i 2). Bębny: zestaw raczej ascetyczny - Olek jednak korzystał z niego w pełni, choć grał oszczędnie, czuć było rozmach jego silnych ramion. I taki to - absolutnie bezgitarowy, choć w pełni na żywo skład: dwóch typów na klawiszach, bębniarz i śpiewak-tekściarz zajawiający niebywałe refreny "ooo, ooo, Samouwielbienie", " Auto-auto-auto-auto-da-fe!", czy przyprawiający o gęsią skórkę tekst "smugi cienia" - pamiętam pierwszą zwrotkę i refren:
"Jestem jestem całkiem sam
w nienawistnej myśli twej
człowiek - nie wiem, czy go znasz
umarł, nim osiągnął dzień
Odszedł, nim oświetlił go
blask zbudzony z serca tchnień
- tak opuścił klatkę swą
człowiek, co go zabił wiek!"
i refren:
"Smugi cienia
smugi cienia
smugi cienia
smugi cienia!"...
No i wygraliśmy ten toruński przegląd; po raz pierwszy zobaczyłem na żywo tyle ludu w fajnych rurkach, pozytywnie sczochranego, kolorowego... Kontrolę W, Płąnącą Żyrafę (niesamowitą), grupę Reportaż (ultraniesamowitą)... Jacek Zalewski, paradujący w wyciągniętym z szafy taty garniturze szytym w latach 50-tych, poszedł na schlewkę (która odbyła się zaraz po ogłoszeniu wyników) z organizatorami i akredytowanymi dziennikarzami, a ja - leżąc samotnie na metalowym łóżku w jednym z przesiąkniętych jakimiś gumowymi materacami pokoików jednego z odrapanych akadamików nieopodal lasku gdzie odór moczu gruba lignina i szmaty... myślałem o tej muzyce - wolnej! w swym eksperymentatorstwie, nie poddanej nikomu; srał pies tych wszystkich dziennikarzy, te malowane odrzwia lecących dziwek: na blichtr, wygrane festiwale, wywiady, prezentacje w "Studio 2"... Myślałem o tym, że chcę być jak Płonąca Żyrafa, jak Reportaż, że chcę być jeden, jedyny, tylko ja, ja pierwszy - a wy mnie podziwiajcie! (im MNIEJ osób - tym lepiej: wzrasta nasza Jedyność, Wyłączność... i ja na tym zyskuję, i ci, co mnie podziwiają - jesteśmy ŚCISŁĄ elitą!)


3. JAROCIN 1983
W tym samym (1983) roku zostaliśmy zakwalifikowani na Festiwal w Jarocinie. Jednakże kierownictwo (czytaj: dyrektor, ojciec - nie mój) naszego Domu Kultury nie było już tak przychylne. Gdybyśmy dokonali fuzji z rozwijającym się (również) w tym Domu zespołem pieśni i tańca Kielce... (co - bliżej naszych czasów - może i byłoby niezłe, patrz: Orkiestra Kiniora i Masłowianki; ale wówczas pewnikiem weszlibyśmy na minę śmiertelnej [z rozpuku] polewki naszych - awangardowych przecie - fanów. A my po jakiś "toruniach"...
No to jechaliśmy terkoczącym pociągiem (gdzie tłok i płot? nie - pot), bez muzycznego sprzętu, z obietnicą dostępu do niezniszczalnych organów typu B i nadzieją - na pożyczenie reszty klawiszy.
Pot zaczął mi spływać bokami junackiej pały i ukazało się czarne rozlewisko (boki miałem na atrament)... ale moja sztubacka pała nadal lśniła na swym szczycie w świetle popołudniowego słońca, odbitym w rdzawych szuwarach, niemytych, żeby lepiej się układały (koloru dodało moczenia czachy w wywarze z zielonych otoczek orzechów włoskich, przechowanych przez zimę w lodówie piwnicy obok zmiorów). Coraz bardziej równiny, wszysto sie wyrównało. Jarocin.

Dotarliśmy do punktu rozlokowywania, gdzie powiedziano nam, że będziemy spać w wielkim wojskowym namiocie. To nie w hotelu?! Wskazano nam gościa, który spał obok na trawie. To Ryszard Riedel, śpi tu, i nie narzeka. No niby nie.
Środkową (pomiędzy frontami namiotów) "aleją", pełną wysokiego błota, przechadzał się Muniek pod chińską parasoleczką... był jak jakiś przelotny pisarz haiku w tej muzycznej wioseczce.
Walter Chełstowski zagaił nas: to wy jesteście z torunia? nie, z Kielc. to nie wy gracie taką śmieszną muzyczkę? ?!.
Grzegorz Ciechowski stał kilka głów przede mną w barze dla muzyków. On wygląda jak łysy kondom - krzyknąłem. Wszyscy udawali, że nikt nie widzi. Nie wiem, co mnie naszło. W realu widziałem go po raz ostatni.

Znaleźli się ludzie, którzy chcieli pożyczyć nam sprzęt, hura, wokalista Zalewski miał nawet prezent NA tĘ przysługĘ: flaszkę, tkwiła sobie w jego plecaku. Więc będzie dobrze, póki co zadowolona kielecka ekipa wybierała się na noc regałów. Idziesz? No nie, są za bardzo komercyjni... a jednak. Słysząc daleko-przestrzenne werbla duby sięgnąłem do plecaka. Po czym - pipi i kaka nie ruszając się z namiotu i - lulu...
Następnego dnia paru z naszych musiało jechać aż do Poznania po flaszkę (w Jarocinie była sobie prohibicja), następnie przemSknąć się przez kordony ochrony (swoją drogą: niezła nazwa dla zespołu - punkowego? KORDONY OCHRONY). Ale mieliśmy upragniony sprzęt! Zbliżał się dzień (właściwie późny wieczór) naszej Prawdy, i naszej "porażki"...

I nadeJszła ta chwila... Nadchodził zmrok... ("Nadchodzi zmrok" - to tytuł jednego z utworów, który wtedy graliśmy: [o ile pamiętam początek:] nadchodzi zmrok/ milczy śmierć/ wiatr z mrokiem kocha się (.....).
Pożyczone klawisze coraz bardziej lśniły obdarowane sztucznym światłem... Zaczynaliśmy utworem "Samouwielbienie": pojechałem z basu, lecz mikrostrojenie, mikrostrojenie! rozregulowane było... I zobaczyłem jak - jeszcze przed momentem przyssany w oczekiwaniu do dwóch ścian mocy - TŁUM odkleja się, ciapka po ciapce, i odpada jak zaschnięty klej biurowy. A pierwsze rzędy chwytają się za okolice dzwonów (nie widziałem czy kółeczko, czy trójkącik - widziałem dzwony, dzwony widziałem) i z esencjonalnie ambiwalentnym bólo-uśmiechem, podkurczone, niejako zbite w sobie, odwracają sie w kierunku przeciwnym. Ta najobleśniejsza część przyssanych do słupów mocy odpadała już ciapa po ciapie, i wzburzyła się krew TŁUMU. Bo TŁUM zawsze odpłaca pięknym za nadobne. I pogrążony niejako w porodowych bólach Począł wracać, i dał się słyszeć z pokaźnej gardzieli hukokrzyk, krzykowrzask: "dom mody", który szybko uformował się w hetakombiczne om!!!!!: dom mody do wody, dom mody do wody, dom mody do wody. Chcieli nas, kurwa, złożyć w ofierze.

Przemykalimy chyłkiem z naszymi wnętrzami przed sobą. Powrót do Kielc był nad wyraz cichy. Być może wtedy Jacek Zalewski przeżuwał ostateczną decyzję o zerwaniu lewej widełki, bo wyjeżdżał do prawej: Opola (chciał mieć prosto). Być może wtedy stworzyłem sobie ostateczny ratunek, że underground; bo underground: im gorzej - tym lepiej. Może...
4. SINGIEL
Póki co - jechaliśmy terkoczącycm pociągiem do Sopotu: Jacek Zalewski, Boguś Olczyk, Jacek Krełowski i ja. Mieliśmy się spotkać z jednym gościem, który obiecał nam kokosy. I objawiła nam się Trójmieść Wielka.
Mieliśmy rozmowę, podczas której gość zaproponował, żebyśmy połączyli się z zespołem LSD (to znaczy Jacek Zalewski i ja - reszta nie była mu potrzebna). Uniesiony licealną niekłamaną solidarnością nie zgodziłem się, Jacek też nie; gość nawet obiecał, że jak się dogadamy - to dziś śpimy w Grand Hotelu... dobrze, że się nie zgodziłem - może dziś nie mógłbym pisać już tych słów: LSD...
Póki co: musieliśmy poszukać sobie jakiegoś miejsca do spania. I znaleźliśmy: wiatę przystankową na jednej z mniejszych stacyjek kolejki podmiejskiej; do dziś pamiętam te twarde rzadkie koły desek. Ale dobrze, że się nie zgodziłem.
Zalewski powiedział, że dostał się na studia do Opola i idzie dalej. Ten etap Domu Mody definitywnie dobiegł końca. Warto go przypieczętować choć pierwszą zwrotką mojego ulubionego utworu Oda:
Twoje własne, prywatne piekło
rozpaliłeś dzisiaj w duszy swej.
Atomowe słońce w noc uciekło,
do drzwi cicho puka CIA -
to wędrowni alchemicy strachu
w piaskownicach grzecznie burzą świat;
na wiaderkach mają wydrapane
czarne krzyże, w oczach śmierci blask.
Zimna wojna się skończyła, czy wymowa tego utworu przestała być aktualna?

Próbowaliśmy coś dalej. Andrzej Wolski wrócił z wakacyjnych wojaży. Mieliśmy materiał, nie było wokalisty. Przez chwilę śpiewał Jacek Stachurski (znana postać w przestrzeni ówczesnej bohemy kieleckiej; tak znana, że wymaga odrębnego opracowania) - miał problemy z gardłem, ja też miałem, ale ktoś musiał śpiewać - to mnie zmusili.
Mieliśmy - tu, w Kielcach, nie na dalekiej północy - menedżera z prawdziwego zdarzenia, Wojtka Stachurskiego (brata Jacka, a niepodobni byli...), który zorganizował nam konferencję prasową w Klubie środowisk Twórczych, w "Sołtykach"... Ale teraz nadszedł czas na ostateczne pojawienie się współwłaściciela "drugiego oddechu" zespołu - Lucjana Dulnika.
Lucjan: postać nie tyle maksymalnie złożona, co maksymalnie kreatywna. Widywaliśmy się w nadmienianym już WóDeKu, gdzie miał próby z Księgą Ubogich, potem Pulsem.
Księga Ubogich: jazz-rockowa, symfonic-roczna kapela (Lucjan Dulnik - gitara, Wojtek Wieczorek - klawisze + zmieniające się osoby w sekcji [równie ważne! np. Andrzej Łukasik - bas, Wiesiu Michałek - bębny]). Byłem na ich pamiętnym koncercie w sali kinowej, gdzie rządzili zagrzybieni hipisi z Bananem (flecistą i sitarzystą) na czele. Zaczynał Wojtek plamami na elektrycznym pianie, dołączała się sekcja i wychodził On - gitara czerwona, solówka złożona. Utwór trwał ze czterdzieści minut, z czego solówka gitary: bite pół godziny. Tak się wtedy grało! (jeszcze też).
Puls: spodobała się Lucjanowi Nowa Fala (jakkolwiek ją pojmował), zafascynowany był np. Grzegorzem Ciechowskim i Republiką, i chyba chciał robić więcej utworów! (prosty rachunek: dwa trzykwadransowe to ile trzyminutowych?). I robił. Skoczne były. Byłem na słynnym koncercie w parkowej Muszli (na którym i ja grałem z Domem Mody). Czasy były ciężkie, sytuacja była ostro-kwaśna: jeden zespół może zostać w Klubie Kultury (wdk) - instruktor Marek Tchórz niespiesznie, jakby mimochodem, przechadza się pośród licznie zgromadzonej publiczności. Jest słoneczny dzień. Przypoceni panowie ocierają kapiące potem glace, marzą o chłodnej piance, pod którą - coraz głębiej - coraz chłodniej ach! a panie mlaszczą i szeleszczą przepoconymi udami pod nazbyt szorstkimi sukienkami, choć wyglądają na takie powiewne... Marek Tchórz nadstawia ucha - i słucha... co mówią, który zespół się podoba, na który nie ma e-rakcji... Po koncercie dowiedzieliśmy się, że zostajemy.
Jakiś czas później Lucjan mi oznajmił, że zna żonę, która pochodzi z Kielc, Andrzeja Mogielnickiego (który pochodzi z Warszawy). Który pisze teksty dla Lady Pank, Izy Trojanowskiej (Budka Suflera). I On (Andrzej) zna dyrektora Tonpressu; i możemy wydać singla, i On (Lucjan) to załatwi.
No to go przyjąłem do zespołu Dom Mody.
Skubaniec - załatwił. Teraz mieliśmy pewien problem: jako, że chcieliśmy nagrać zupełnie nowy materiał (ja wniosłem muzykę do późniejszych "Szyfrów", a Lucjan doprawił; on wniósł muzykę do późniejszego "Deszczu Słów" - i ja dodałem - tu i ówdzie - szczypt pare) potrzebne były - i! - teksty.
No to siedliśmy, w wieżowcu Lucjana na kieleckim osiedlu o srebrzystej nazwie Czarnów. W ciemnej kuchni... i, niedowidząc, kleciliśmy – co nam ciemnawa poświata przynosiła, choć męczylim sie z lekka ale – przecie singiel czeKKa! - - -
Tekst “Szyfrów” powstał szybKKo, opowiadał historię każdego z nas – w tamtym czasie, i w każdym czasie. Niektórych ubyło, ale – raczej – przybyło:
znowu jesteśmy
każdy z nas prawa ma
znowu znikamy
tylko czas
twarze w nas
zna
pamięta jak
życie rozwiewa wiatr [– i my wierzyliśmy:] znowu wierzymy
tylko fałsz da nam moc
znowu wątpimy [nie mogliśmy!]
uciec chcąc, a tu - - -
GWIAZDY SZYFRUJĄ DNI
NOCE MIJAJĄ [wyobraźcie sobie taką noc w ciemnej kuchni, brrr]
A ŚWIAT BIEGNIE
GDZIE CHCE
LUDZIE, PRZERWIJCIE TEN
MÓJ
SEN [przerwali].
I pozostała druga strona singla: “Deszcz słów” w peerelowskiej ciemnej kuchni, ale jednak: od czego wyobraźnia:
okienne ruchy, odbicia szyb
żyją sylwetki zmieniając kroki bo noc
podaje dłoń
nie wiedząc nic o złym dniu (....)

Teraz już mogliśmy jechać do Warszawy, do studia Tonpressu, i spać w Europejskim (wreszcie hotel, po “tylu latach”...).
Był listopad orwellowskiego 1984 roku. Byliśmy my: Bogusław Olczyk (wiadomo), Andrzej Wolski (załatwił klawisze – ciągle nie mieliśmy swoich!), Lucjan Dulnik (gitarren: ta cieńsza i bas-sss również) i ja (klawiszen i baryto-nowy śpiewik, by tak rzec)
Chciałbym się wspomóc zaskakująco mile rzetelnym opisem “Szyfrów” z “GleboZgryzarki” :
<Zaczniemy od największego chyba obskura na owej nigdy nie zaistniałej składance. Dom Mody "Szyfry", 1984.
Tytułem wstępu. Nie mam zamiaru bawić się w archeologa i mówić o historii zespołów, burzliwych dramatach i widowiskowych akrobacjach, chyba że moja nadjedzona przez alkohol pamięć zaserwuje mi na bieżąco jakieś ciekawostki. Każdy umie korzystać z internetu, każdy zna się na dataminingu. Znaczy to tyle w odniesieniu akurat do zespołu Dom Mody, że kompletnie nic o nim nie umiem powiedzieć. O ile wiem, jest to jedno z zaledwie dwóch jego oficjalnych nagrań, opublikowane w ramach "Jeszcze młodszej generacji", wcześniej wydane na tonpressowskim singlu razem z "Deszczem słów", też zresztą zacnym.
Nazwa składu - świetna. Numer - rzadko to idzie w parze, równie świetny. Co prawda silnie naznaczony wpływem zimnej fali (styl gry i brzmienie sekcji rytmicznej, usilnie barytonowy przelot wokalny), ale po pierwsze nie korzystający z niego w sposób wkurwiający, a po drugie, przy tym dość oryginalny.
Zwróćcie uwagę, na przykład, na bardzo intensywne (jak na ówczesne normy muzyki INDIE) i mało zimnofalowe wykorzystanie syntezatorów. Raczej Moroder niż Hannett, raczej Lipko niż Ciechowski, oprócz ósemkowego fortepianu gdzieniegdzie. A przede wszystkim na zaawansowany przebieg samej kompozycji.
Już w 43 sekundzie, zanim wejdzie refren, Dom Mody wprowadza pierwszą - mocno radykalną - zmianę tonacji. Jak wiecie: zmiana tonacji, krócej - modulacja, to ten moment, w którym krytycy rozpuszczają się z zachwytu, a słuchacz wciska stop; reakcja odwrotna następuje jedynie przy tzw. transpozycji eurowizyjnej (całość o ton w górę przy końcu utworu). W samym refrenie tonacja zmieni się jeszcze raz, dokładnie w połowie, chociaż wrażenie "co się kurwa dzieje" wywoływane jest tam częściej, poprzez wtrącanie dysonującego akordu klawiszy.
Relacja linia wokalna - akordy też frapująca, popatrzcie na pierwszą część refrenu, gdzie melodia raz trafia w dźwięk składowy akordu gitarowego, a raz biegnie sobie w cholerę gdzieś na dźwięk dodany. Ok, nic nowego, ale przypominam kontekst, to Polska, ROK ORWELLOWSKI, Jarocin, Rokendrol. Do tego inteligentne rozwiązanie dialogu klawiszy z gitarą, syntezatory grają w miarę możliwości ostinatowo, powtarzalnie, starają się jak najdłużej zostać na jednym motywie, podczas gdy gitarzysta już dawno zabrał się za inny akord. Ciekawe, że w mostku od 2:00 role się na chwilę zamieniają. Dużo ruchu, i to z sensem, a tylko 2 minuty i 40 sekund.
Gdyby ktoś mi powiedział, że to Dębski (a jest to człowiek który o muzyce wie niestety wszystko, oraz autor chyba najbardziej niezwykłego wmso* utworu w historii polskiej piosenki, mam na myśli "Stan pogody") spróbował być jak Joy Division, to uwierzyłbym jak nic. I tu niech będzie anegdotka o Dębskim, skoro o zespole Dom Mody nie dysponuję żadną. Otóż gra sobie Krzesimir dżob w dużym składzie jazzowym, są wczesne lata 70, kwitnie fryta, czyli free jazz. Zespół zaczyna improwizować. Mija trochę czasu, bohater naszej opowieści nieco zagubił się w meandrach grania każdy sobie. Nieco przestraszony, bo to ważny wykon i prestiżowy, odwraca się do perkusisty i pyta "gdzie jest raz? gdzie jest raz? gdzie jest raz?". Na co spocony bębniarz z przejęciem rzuca "pierdol się! pierdol się! pierdol się!".
Morał: już lepiej jednak grać zimną falę. A najlepiej tak umiejętnie, jak w utworze "Szyfry".
- niestety, utwór usunięty z youtube, a właśnie tam prezentował sie szczególnie miło i fajnie...
Singiel pojawił się na rynku w 1985 roku, krążył po listach trójki i rozgłośni harcerskiej. Lucjan szykował się NA wyjazd do Francji – tam miała się przenieść nasza dalsza kariera muzyczna, ja zaczynałem grać w zespole PANTEX używając rozklekotanych organów i wykrzykując lub wyjąc teksty typu:
bo zaplecze pracuje dla frontu
a front chroni ciebie i dom
zwycięstwo nasze jest całkiem blisko
potem oddamy czołgi na złom
potem zniszczymy broń i armaty
minowe pola porośnie las
dziś wzmocnij trud dla naszej sprawy
brak twojej pracy to walki brak
(nota bene tekst napisany przez Jacka Zalewskiego).
W ogóle notorycznie już słuchałem zespołu Cabaret Voltaire, (oczywiście) The Residents. Mieliśmy jechać na opolskie debiuty z szyframi – Lucjan parę dni wczesniej opuścił nasz kraj, i nasz blok wschodni. Szyfry ukazały się na składance “Jeszcze młodsza generacja” - ja czułem się JESZCZE młodszy: eksperymentowałem z dźwiękiem włażąc do wnętrza fortepianu, gnąc szule ze szpulowców, drepcząc drogi do długo nie oddawanych półgotowych bloków, gdzie wdychałem coś W chusteczkę. Lucjan musiał dotrzeć do swojego dna pod jednym z francuskich pod-mostów – oczywiście – by się odbić. I ja zaplaszczałem się w krwisto-marmeladowej degrengoladzie: grałem w zespole Hit Hit coraz bardziej wiążąc się z płynnymi prostakami koloru byczej krwi, ale oddechem smoka. Nadal pozostawałem w chusteczkowej elicie i bywałem lekko zniesmaczony "torebkującymi" warstwami niższymi. Chociaż – wreszcie mogłem jechać wprost. Chciałem rozwalić cały świat, oczywiście, na końcu ja bym został. Rozwalić siebie? Nie wyszło.
KONIEC

ŹRÓDŁO tekstu


Tekst pochodzi z bloga Witolda Gąski, z którego najzwyczajniej w świecie go przekopiowałem, bo uważam, że warto, a jest to ważny kawałek kieleckiej historii, kontynuowanej później np. w takim projekcie muzycznym jak HIT HIT. Zdjęcie zaczerpnąłem z sieci, więc nie mam nawet pewności, że jest na nim zespół. Dorzucam jako konieczny bonus linki do 2 numerów z tonpressowego singla:
SZYFRY”
„DESZCZ SŁÓW”
W dodatku „Szyfry” ukazał się na składance „Jeszcze młodsza generacja”, o której napisane jest i podlinkowane do ściągnięcia na pewnym wartościowym blogu: CZYTAJ & SŁUCHAJ


poniedziałek, 12 września 2011, a_maciek

Polecane wpisy

  • Janusza Buczkowskiego "Przygody z fotografią"

    Książka Janusza Buczkowskiego to niemal wydawnictwo „drugiego obiegu” – ja swój egzemplarz kupiłem spod lady od znajomego w pewnym punkcie usł

  • DEUTER w Kielcach

    Tak, był już o tym wpis , ale tym razem jest to o wiele pełniejsza historia, zaczerpnięta z niesamowitej książki Pawła „Kelnera” Rozwadowskiego R

  • 60 lat Włodka Kiniorskiego!

    W kieleckiej gazecie.pl ukazał się naprawdę niezły tekst o tym (pod-)kieleckim muzyku i kompozytorze przy okazji jego urodzin, a ponieważ spodobał mi się i w fo

Komentarze
Gość: Broda, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/09/25 08:21:00
Dobre ... bardzo dobre.
-
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/03/19 11:53:07
Było miło przeczytać.
-
Gość: , *.sti.net.pl
2012/10/10 07:29:08
witek mój idol od 30 lat
-
Gość: New, *.edata.net.pl
2014/01/19 02:02:51
Świetny singiel , szkoda że niema więcej materiału ...
-
Gość: marektarnowski, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/03/11 16:49:03
Słucham już drugi dzień utworu Domu Mody "samouwielbienie", który pojawuł się na youtube na stronir użytkownika KielceMuzyka. No to jest dobre, to były czasy.
-
Gość: panW, *.sggw.waw.pl
2014/10/21 17:05:52
chłopaku!!! pojawiliście się na rewelacyjnej składance 100proc rock.ni wim kto dobierał utwory ale zrobił to genialnie żadnych sztampowych typu autobiografija za to dużo oryginałów singli b i podobnych rarytasów.
otóż!wracając do meritum twój wokal na deszcz słów brzmi dokładnie jak wokal roberto smitha z the cure z lp disintegration z 1989!!!fenomenalne.ta sama maniera ten sam przejmujący wydźwięk.gratuluję i szczerze żałuję że tak niewiele zostało z waszego dorobku.
-
Gość: nr, 5.174.81.*
2016/03/21 10:50:28
Na youtubowej stronie użytkownika KielceMuzyka jest do odsłuchania "nowy" utwór Domu Mody - Nadchodzi noc.
Liczniki