Blog > Komentarze do wpisu

DEUTER w Kielcach

Tak, był już o tym wpis, ale tym razem jest to o wiele pełniejsza historia, zaczerpnięta z niesamowitej książki Pawła „Kelnera” Rozwadowskiego „To zupełnie nieprawdopodobne”. Styl i klimat tej książki są naprawdę niepowtarzalne, całość przesiąknięta jest oparami muzyki i konopii, a czyta się to wyśmienicie. Zresztą opis Kielc w tym fragmencie powinien być wystarczającą zajawką i skłonić do kupienia książki, co pomoże wydawcy wybaczyć mi publikację tego fragmentu.


Trasa obejmuje kilka miast w województwie kieleckim, z Kielcami na czele. W niektórych miastach, jak Kielce, i mniejszych, zniesiono godzinę milicyjną oraz zakaz przemieszczania się między nimi. Republika ma grać na początku jako nasz support. To śmieszne, bo jest nam wszystko jedno, czy gramy jako pierwsi, czy drudzy. Nie zagramy też całej trasy, bo Magik idzie w kajdany. Republika po kilku wspólnych koncertach pojedzie dalej sama. Nie chcemy szukać innego basisty i z nim zagrać całą trasę, bo Mago to kumpel i jesteśmy załogą, a załoga nikogo ze składu nie eliminuje. W Kielcach mamy bazę, w hotelu Centralnym naprzeciw dworca kolejowego i codziennie z tej bazy jedziemy grać w innym mieście. Wszystkie oddalone do stu kilometrów. Jedzie z nami też przedstawiciel kieleckiej Estrady. Rudy koleżka miękko się uśmiecha, patrząc na nas z lękliwym podnieceniem w oczach.

Jaki luz! Jest grubo po północy, a my z Czombasem idziemy na dworzec coś zjeść. Coś to odpowiednie określenie potraw serwowanych w tym samoobsługowym oczywiście barze. Jest przeraźliwie obrzydliwie. Brud aż boli, zapach powala, widok dołuje. Kielce. Ale nie ma godziny milicyjnej. To wielce atrakcyjne. Idziemy, a ludzie dookoła zdają się nas nie zauważać, jakbyśmy byli niewidzialni. Dostrzegam jednak, że wszyscy się nam przyglądają, tyle że spode łbów. Niby patrzą w ziemię, na rozkład, w sufit, ale kątem oka pilnie nas śledzą. Jak kosmitów i wiele na to wskazuje, że mają rację, a my jesteśmy na ich planecie. Bije od nich jakieś zwątpienie czy raczej rezygnacja. Obaj z Czombem mamy irokezy, a Piotr umalowane na czarno po całości oczy i usta. Szuramy na górę do baru po szerokich schodach z lastryko. Mamy totalną gastrofazę, ale zapach powoduje raczej skurcz żołądka niż napływ ślinki. Co my tu mamy?... Cynaderki - szara breja i suchy kotlet - chyba mielony do tego ziemniaki z czarnymi oczkami. Do popicia roztwór galaretki w proszku. Pychota. Spać pójdziemy raczej na głodniaka. Na dodatek możliwe, ze w celi, bo właśnie patrol milicyjno-wojskowy wspina się po lastrykowych schodach. Krótki ogląd i natychmiast jesteśmy wyłowieni. Już wchodzą na górę, nie spuszczając nas z oczu. A my niby nic, dookoła schodów, oni za nami, my na schody, wolniutko schodzimy, oni za nami, już słychać kroki. Stanęliśmy przed rozkładem jazdy pociągów i niby studiujemy.

- Dokumenty. - Słyszę za plecami, ale nie odwracam się, jakbym nic nie usłyszał.

Otaczają mnie kółeczkiem.

- Dokumenty. Nie słyszy? - Patrzę na milicjanta i nic. Facet widzę traci rezon i znów, juz mniej stanowczo:

- Dowód... passport ma? - Znów nie reaguję, tylko uśmiecham sie przyjaźnie.

- Passport, papiren... - No, poliglota, myślę, kształcą wreszcie funkcjonariuszy.

W końcu sięgam do tylnej kieszeni i podaję dowód osobisty. No i żarty się skończyły

.- Ty gnoju! Ja ci, kurwa, cudzoziemca poudaję... idziesz z nami. - Chwycił mnie, wykręcił rękę i wyprowadza z hali dworca na tyły. No, niedobrze, myślę. Tylko Andrzej może mnie uratować, mam nadzieję, że Czombe go zawiadomił. Wychodzimy z dworca, próbuję opóźniać, coś tłumacząc, ale dowódca patrolu jest zdecydowany. Rozglądam się nerwowo za białym kompletem Andrzeja. Jest! Idzie z saszetką na przegubie dłoni. Uf... po krótkich wyjaśnieniach, okazaniu zaświadczeń, pozwoleń i zaproszeniu patrolu na jutrzejszy koncert w hali sportowej, jestem uratowany.

- Aaa... ten wygląd... to z muzyką związany? - wyczytuje z dokumentu. Następnego dnia na koncercie w hali sportowo-widowiskowej dochodzi do ekscesów. Chyba w ramach „kultury" przyszła kompania wojska i w trakcie naszego występu chłopaki w ekstazie, uwolnieni, zbezcześcili mundury, zrywając pagony, odrywając guziki, depcząc czapki z godłem państwowym. Wymieszali się w pogo z załogantami i choć na chwilę nie byli żołnierzami. Rankiem jednak Andrzej sprowadza nas na ziemię.

- Panowie, załatwiłem dodatkowy koncert tutaj w Kielcach. W takim klubie...

Jedziemy na miejsce i okazuje się, że to osiedle hoteli robotniczych, a gramy w klubie na parterze jednego z nich. Dobra jest, myślę - zadupie jakieś to jest, ale może trochę załogi przyjdzie I nie będziemy do pustej sali grać. Sala nieduża z miniscenką, za którą mamy jakby garderobę i dwie skrzynki piwa (!!!) od organizatora. Zasiadamy więc, popijamy piwo i czekamy na publiczność i godzinę rozpoczęcia. Jedno, co mnie zastanawia, to że z sali nie słychać typowych odgłosów zbierającej się publiczności. Jedynie jakieś szmery i szurania. Naładowani Jeszcze wczorajszym koncertem, autografami na świeżych sznytach, jesteśmy w nastroju bojowym. Rozniesiemy tę salkę. Wreszcie Andrzej daje znak, że mamy zaczynać. Dziś my gramy pierwsi. Ta dziwna cisza na sali za kotarą. Wypadamy na scenę w kolejności Kamil, Blitz, Magik, Czombe j ja na końcu. Wypadamy na scenę, żeby roznieść salę, i w tym samym momencie dębiejemy kompletnie. Nie do wiary. Sala jest pełna facetów siedzących rzędami w fotelach i na krzesłach. Większość w kapciach. Oklaski. Takie na przywitanie. Cisza. Patrzą nieruchomi. My patrzymy na nich, na siebie. Gdzie my jesteśmy?... Blitz nalicza i gramy Jeden Świat. Oklaski. Gramy Hitlers in the Chart again. Oklaski. Gramy Nigdy i w nic. Oklaski. Kurwa, co to, automaty?! Nie wiadomo: podoba się czy nie podoba? Zero emocji w tym klaskaniu. Ot takie, nie za długie, nie za krótkie, cichnące, jak wytrenowane. Obłęd. W połowie Piosenki o mojej Generacji... żesz wasza robotnicza brać... - nie wytrzymuję.

- Ludzie, obudźcie się!!! - Schodzę ze sceny. Kończymy nasz występ. Republika gra bez zająknięcia cały program. Zawodowcy.

niedziela, 03 czerwca 2012, a_maciek

Polecane wpisy

  • Edward Kusztal „Fajerką przez Kielce”

    Zastanawiałem się oczywiście, jak bardzo obrazowa będzie to autobiograficzna opowieść tego kieleckiego aktora, ale tak jak się spodziewałem – na pikantne

  • ARGER

    Nowy Rok wypada zacząć z hukiem i do tego najlepiej nadaje się historia o kieleckiej kapeli ARGER. Zapomniana, może dlatego, że zostawili po sobie dosyć mało tr

  • DEKRET - 30 lat... appendix

    Nie wypada kisić przy tej okazji innych materiałów, które udostępnił Piotrek "Broda". To zdjęcia z różnych momentów tej kapeli, niektóre dosyć zaskakujące [jak

Komentarze
Gość: Broda, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/06/07 21:08:59
A wieść miejska niesie, że pierwsza gitara elektryczna dla załogantów z Czarnowa została zjanosikowana właśnie Deuterowi, podczas długotrwałej libacji w Centralnym. Pić można , czasami trzeba, ale koncert i gitara przyczyniła się do rozwoju muzyki ludu robotniczego i ich potomstwa w kanciapie na Jagiellońskiej.
-
2012/06/08 09:51:31
Czyli to była redystrybucja na prowincji? Jeżeli tak było naprawdę, to nie było zmarnowane "przeniesienie własności", skoro pomogło narodzić się to punkowym dźwiękom u nas, choć się Kelner o tym nie zająknął...
-
Gość: Broda, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/06/08 13:58:02
Nie wiem do końca czy to bardziej legenda czy też barwna opowieść.
Moja wersja zasłyszanej opowieści to powrót z Centralnego znanego załoganta z kanciapy na Jagiellońskiej z gitarą na ramieniu.
Wcześniej popijali razem w Centralnym.
Było ich dwóch Jaru i Suchy protoplaści egzotycznej wówczas kontrkultury.

Koncert Deutera był przełomowym momentem utwierdzającym o trafności wyboru drogi życiowej dla wielu załogantów. Potem ruszyło punkowanie w Kielcach pełną gębą.
Dominujacy kolor blue w regionalnej muzyce zastapił połysk ćwieków na pasach od gitary i skrzypienie rumunów na scenie ...

A może gitara była od republikanów ?
Tym lepiej ...

A jeszcze bardziej prawdopodobne, że po prostu zamieniono ją łeb w łeb na morze wódki.
Prawdy muszę dociec.
-
Gość: Kelner, *.centertel.pl
2012/07/31 01:25:08
Niestety muszę zdementować legendę o gitarze. Nikt nam wtedy instrumentu nie zjanosikował..niestety. Pite pewnie było z załogantami (choć o ile pamiętam o alkohol nie było łatwo) ale gitara wróciła z nami do Warszawy. Ale i bez tego czaderskie czasy to były. Salut!
-
Gość: Broda, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/07/31 20:44:31
Dementi z pierwszej ręki rozwiało czarnowską legendę.
Szkoda ... trochę łobuzerki nadawało kolorytu.
Może nawet dało by się znaleźć ową zdobyczną gitarę z oryginalnym kompletem strun :)
Samba , Jolana ?
Mnie się podobała wieść owa, mimo, jak się okazuje, pewnego nadymania.

Ale pionierskość Deutera i samego koncertu w krzewieniu kultury na robotniczym gruncie nie do podważenia.

Punkiniepagibnut!
Liczniki