Blog > Komentarze do wpisu

Janusza Buczkowskiego "Przygody z fotografią"

Książka Janusza Buczkowskiego to niemal wydawnictwo „drugiego obiegu” – ja swój egzemplarz kupiłem spod lady od znajomego w pewnym punkcie usługowym, nie wiem jakie inne są drogi dystrybucji tego wydawnictwa, ale na pewno nie w księgarni. 

Sam bohater, i autor zarazem, to jedna z ciekawszych postaci z barwnego światka kieleckich artystów, bo w taki sposób należy się wyrażać o twórczości p. Janusza. Z częścią opowieści zawartych w tej autobiografii zetknąłem się już wcześniej w nieco innych wersjach na blogu znajomej tutaj i tutaj, ale nie ukrywam, że po prostu lubuję się w czytaniu papierowych książek, a ta ma taki dodatkowy atut, jak spory zestaw fajnych, świetnych lub wręcz genialnych fotografii autora.

Opowieści zaczynają się od dzieciństwa i już od tego momentu zaczyna się przygoda z fotografią. Przygoda ta, w czasach ponurego, reglamentowanego komunizmu, przybiera czasem formę drobnego biznesu, który miewa czasem wersję komiczną, jak pewna sytuacja, gdy początkujący wtedy fotograf trzaska dziesiątki zdjęć uczestnikom obozu sportowego w 1952, a każdy robi sobie zdjęcie w krawacie z nagą kobietą, który okazał się podarunkiem od UNRRY.

Później nie jest wcale nudniej, jeżeli chodzi o opowieści, bo i rzeczywistość była, patrząc z dzisiejszej perspektywy, nieco kosmiczna. To czas obowiązkowych wyjazdów studenckich do prac w PGR-ach, nakazów pracy, przez który autor ląduje w Kielcach w fabryce, dziwnych zależności służbowych, klimat hoteli robotniczych. To ciąg smakowitych opowieści o kartach, początki jeszcze smaczniejszych wynurzeń o towarzyskim smaku ówczesnego alkoholu, no i początki „prawdziwej” fotografii. Początki te można przypisać do aktywności pozazawodowej w swoim zakładzie pracy, którym była wtedy „Iskra”.

Jest też tym tekście niemal kompletny opis kieleckiego środowiska fotografików i jego częściowa historia, wraz z powstaniem Kieleckiej Szkoły Krajobrazu, problemami, twórczością, sukcesami i wystawami, których sam Buczkowski miał wiele na swoim koncie. To na jednej z nich, w kieleckim Klubie Budowlanych, na której wystawiane były min. „personifikacje”, jedna z obecnych tam kobiet podzieliła się z autorem swoją refleksją na temat zdjęcia nazwanego „Małpoludy”: - Ja widzę na tym zdjęciu o tytule „Małpoludy”, Marksa, Engelsa, Lenina.

Wśród wielu opowiastek, dykteryjek i historii jedna z nich jakoś szczególnie wryła mi się w pamięć – to opis wyprawy fotograficznej do rodzinnego miasta autora, Włocławka. W jej trakcie fotografował nowe osiedla, które wtedy mogły jeszcze budzić zachwyt i w trakcie tej czynności został zatrzymany przez patrol milicji, powiadomionej przez mieszkańców tegoż osiedla o obecności podejrzanego osobnika. Dialog z mundurowymi był niemal jak wyjęty z Haszka, ale jak wiadomo mundur na humorze, a już na pewno na ironii, się nie zna i nawet upoważnienie z Rady Miasta nie pomogło, a dopiero interwencja u prezydenta miasta, który był znajomym fotografa, pomogła.

Jest w tej książce zwykła autentyczność, która do mnie bardzo przemawia, może dlatego, że temat picia, delektowania się, wzajemnego częstowania, towarzyskiego spożywania, a nawet ukrywania [jak w opowieści o jabłkach na strychu!] alkoholu jest nierozerwalny z normalnym życiem, z ludźmi, którzy są opisywani w tej książce. A kolejną z historyjek, która być może daje się wykorzystać jeszcze w dzisiejszych czasach, jest ta o tym, jak wejść na operę tanio lub za darmo, niestety nie w tak policyjnej kulturze jak polska, lecz za granicą.

Podsumowując: książkę mieć trzeba z kilku powodów – bo jest bardzo dobra, fajnie się ją czyta, ma zestaw świetnych zdjęć, jest o Kielcach, jest unikatem, a gdy wykupi się ten unikatowy nakład „spod lady” jest ponoć szansa na dodruk do księgarni.

czwartek, 05 lipca 2012, a_maciek

Polecane wpisy

  • 60 lat Włodka Kiniorskiego!

    W kieleckiej gazecie.pl ukazał się naprawdę niezły tekst o tym (pod-)kieleckim muzyku i kompozytorze przy okazji jego urodzin, a ponieważ spodobał mi się i w fo

  • Edward Kusztal „Fajerką przez Kielce”

    Zastanawiałem się oczywiście, jak bardzo obrazowa będzie to autobiograficzna opowieść tego kieleckiego aktora, ale tak jak się spodziewałem – na pikantne

  • ARGER

    Nowy Rok wypada zacząć z hukiem i do tego najlepiej nadaje się historia o kieleckiej kapeli ARGER. Zapomniana, może dlatego, że zostawili po sobie dosyć mało tr

Komentarze
Gość: diony,desperat zine, *.cust.tele2.se
2013/10/20 19:19:43
pozdrawiam.diony desperat zine
-
Gość: diony,desperat zine, *.cust.tele2.se
2013/10/20 19:22:10
witam po latach,co tam u brata,odezwijcie się brodernasikora@gmail.com albo desperat-zine.blogspot.se/search/label/WYWIADY-ZESPO%C5%81Y moje ostatnie dzieło.pozdrawiam.diony
-
Gość: Jot Ka, *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl
2014/01/05 01:10:21
Przypadkiem natrafiłem na tę stronę i się nie mogę oderwać, pełen podziwu dla zamiłowania i znawstwa Autora w tematyce kieleckiej. Urodziłem się w tym mieście 48 lat temu i spędziłem w nim życie do matury. Jak wnioskuję z treści tekstów Autor chyba jakoś w podobnych latach dorastał. Kielce to piękne miasto na uboczu, choć leży prawie w środku Polski, a jego historia jest pełna nieznanych ciekawostek. Dobrze, że ktoś tak ciekawie je wydobywa i opisuje. Pozdrawiam!
Liczniki