RSS
czwartek, 05 lipca 2012

Książka Janusza Buczkowskiego to niemal wydawnictwo „drugiego obiegu” – ja swój egzemplarz kupiłem spod lady od znajomego w pewnym punkcie usługowym, nie wiem jakie inne są drogi dystrybucji tego wydawnictwa, ale na pewno nie w księgarni. 

Sam bohater, i autor zarazem, to jedna z ciekawszych postaci z barwnego światka kieleckich artystów, bo w taki sposób należy się wyrażać o twórczości p. Janusza. Z częścią opowieści zawartych w tej autobiografii zetknąłem się już wcześniej w nieco innych wersjach na blogu znajomej tutaj i tutaj, ale nie ukrywam, że po prostu lubuję się w czytaniu papierowych książek, a ta ma taki dodatkowy atut, jak spory zestaw fajnych, świetnych lub wręcz genialnych fotografii autora.

Opowieści zaczynają się od dzieciństwa i już od tego momentu zaczyna się przygoda z fotografią. Przygoda ta, w czasach ponurego, reglamentowanego komunizmu, przybiera czasem formę drobnego biznesu, który miewa czasem wersję komiczną, jak pewna sytuacja, gdy początkujący wtedy fotograf trzaska dziesiątki zdjęć uczestnikom obozu sportowego w 1952, a każdy robi sobie zdjęcie w krawacie z nagą kobietą, który okazał się podarunkiem od UNRRY.

Później nie jest wcale nudniej, jeżeli chodzi o opowieści, bo i rzeczywistość była, patrząc z dzisiejszej perspektywy, nieco kosmiczna. To czas obowiązkowych wyjazdów studenckich do prac w PGR-ach, nakazów pracy, przez który autor ląduje w Kielcach w fabryce, dziwnych zależności służbowych, klimat hoteli robotniczych. To ciąg smakowitych opowieści o kartach, początki jeszcze smaczniejszych wynurzeń o towarzyskim smaku ówczesnego alkoholu, no i początki „prawdziwej” fotografii. Początki te można przypisać do aktywności pozazawodowej w swoim zakładzie pracy, którym była wtedy „Iskra”.

Jest też tym tekście niemal kompletny opis kieleckiego środowiska fotografików i jego częściowa historia, wraz z powstaniem Kieleckiej Szkoły Krajobrazu, problemami, twórczością, sukcesami i wystawami, których sam Buczkowski miał wiele na swoim koncie. To na jednej z nich, w kieleckim Klubie Budowlanych, na której wystawiane były min. „personifikacje”, jedna z obecnych tam kobiet podzieliła się z autorem swoją refleksją na temat zdjęcia nazwanego „Małpoludy”: - Ja widzę na tym zdjęciu o tytule „Małpoludy”, Marksa, Engelsa, Lenina.

Wśród wielu opowiastek, dykteryjek i historii jedna z nich jakoś szczególnie wryła mi się w pamięć – to opis wyprawy fotograficznej do rodzinnego miasta autora, Włocławka. W jej trakcie fotografował nowe osiedla, które wtedy mogły jeszcze budzić zachwyt i w trakcie tej czynności został zatrzymany przez patrol milicji, powiadomionej przez mieszkańców tegoż osiedla o obecności podejrzanego osobnika. Dialog z mundurowymi był niemal jak wyjęty z Haszka, ale jak wiadomo mundur na humorze, a już na pewno na ironii, się nie zna i nawet upoważnienie z Rady Miasta nie pomogło, a dopiero interwencja u prezydenta miasta, który był znajomym fotografa, pomogła.

Jest w tej książce zwykła autentyczność, która do mnie bardzo przemawia, może dlatego, że temat picia, delektowania się, wzajemnego częstowania, towarzyskiego spożywania, a nawet ukrywania [jak w opowieści o jabłkach na strychu!] alkoholu jest nierozerwalny z normalnym życiem, z ludźmi, którzy są opisywani w tej książce. A kolejną z historyjek, która być może daje się wykorzystać jeszcze w dzisiejszych czasach, jest ta o tym, jak wejść na operę tanio lub za darmo, niestety nie w tak policyjnej kulturze jak polska, lecz za granicą.

Podsumowując: książkę mieć trzeba z kilku powodów – bo jest bardzo dobra, fajnie się ją czyta, ma zestaw świetnych zdjęć, jest o Kielcach, jest unikatem, a gdy wykupi się ten unikatowy nakład „spod lady” jest ponoć szansa na dodruk do księgarni.

19:52, a_maciek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 03 czerwca 2012

Tak, był już o tym wpis, ale tym razem jest to o wiele pełniejsza historia, zaczerpnięta z niesamowitej książki Pawła „Kelnera” Rozwadowskiego „To zupełnie nieprawdopodobne”. Styl i klimat tej książki są naprawdę niepowtarzalne, całość przesiąknięta jest oparami muzyki i konopii, a czyta się to wyśmienicie. Zresztą opis Kielc w tym fragmencie powinien być wystarczającą zajawką i skłonić do kupienia książki, co pomoże wydawcy wybaczyć mi publikację tego fragmentu.


Trasa obejmuje kilka miast w województwie kieleckim, z Kielcami na czele. W niektórych miastach, jak Kielce, i mniejszych, zniesiono godzinę milicyjną oraz zakaz przemieszczania się między nimi. Republika ma grać na początku jako nasz support. To śmieszne, bo jest nam wszystko jedno, czy gramy jako pierwsi, czy drudzy. Nie zagramy też całej trasy, bo Magik idzie w kajdany. Republika po kilku wspólnych koncertach pojedzie dalej sama. Nie chcemy szukać innego basisty i z nim zagrać całą trasę, bo Mago to kumpel i jesteśmy załogą, a załoga nikogo ze składu nie eliminuje. W Kielcach mamy bazę, w hotelu Centralnym naprzeciw dworca kolejowego i codziennie z tej bazy jedziemy grać w innym mieście. Wszystkie oddalone do stu kilometrów. Jedzie z nami też przedstawiciel kieleckiej Estrady. Rudy koleżka miękko się uśmiecha, patrząc na nas z lękliwym podnieceniem w oczach.

Jaki luz! Jest grubo po północy, a my z Czombasem idziemy na dworzec coś zjeść. Coś to odpowiednie określenie potraw serwowanych w tym samoobsługowym oczywiście barze. Jest przeraźliwie obrzydliwie. Brud aż boli, zapach powala, widok dołuje. Kielce. Ale nie ma godziny milicyjnej. To wielce atrakcyjne. Idziemy, a ludzie dookoła zdają się nas nie zauważać, jakbyśmy byli niewidzialni. Dostrzegam jednak, że wszyscy się nam przyglądają, tyle że spode łbów. Niby patrzą w ziemię, na rozkład, w sufit, ale kątem oka pilnie nas śledzą. Jak kosmitów i wiele na to wskazuje, że mają rację, a my jesteśmy na ich planecie. Bije od nich jakieś zwątpienie czy raczej rezygnacja. Obaj z Czombem mamy irokezy, a Piotr umalowane na czarno po całości oczy i usta. Szuramy na górę do baru po szerokich schodach z lastryko. Mamy totalną gastrofazę, ale zapach powoduje raczej skurcz żołądka niż napływ ślinki. Co my tu mamy?... Cynaderki - szara breja i suchy kotlet - chyba mielony do tego ziemniaki z czarnymi oczkami. Do popicia roztwór galaretki w proszku. Pychota. Spać pójdziemy raczej na głodniaka. Na dodatek możliwe, ze w celi, bo właśnie patrol milicyjno-wojskowy wspina się po lastrykowych schodach. Krótki ogląd i natychmiast jesteśmy wyłowieni. Już wchodzą na górę, nie spuszczając nas z oczu. A my niby nic, dookoła schodów, oni za nami, my na schody, wolniutko schodzimy, oni za nami, już słychać kroki. Stanęliśmy przed rozkładem jazdy pociągów i niby studiujemy.

- Dokumenty. - Słyszę za plecami, ale nie odwracam się, jakbym nic nie usłyszał.

Otaczają mnie kółeczkiem.

- Dokumenty. Nie słyszy? - Patrzę na milicjanta i nic. Facet widzę traci rezon i znów, juz mniej stanowczo:

- Dowód... passport ma? - Znów nie reaguję, tylko uśmiecham sie przyjaźnie.

- Passport, papiren... - No, poliglota, myślę, kształcą wreszcie funkcjonariuszy.

W końcu sięgam do tylnej kieszeni i podaję dowód osobisty. No i żarty się skończyły

.- Ty gnoju! Ja ci, kurwa, cudzoziemca poudaję... idziesz z nami. - Chwycił mnie, wykręcił rękę i wyprowadza z hali dworca na tyły. No, niedobrze, myślę. Tylko Andrzej może mnie uratować, mam nadzieję, że Czombe go zawiadomił. Wychodzimy z dworca, próbuję opóźniać, coś tłumacząc, ale dowódca patrolu jest zdecydowany. Rozglądam się nerwowo za białym kompletem Andrzeja. Jest! Idzie z saszetką na przegubie dłoni. Uf... po krótkich wyjaśnieniach, okazaniu zaświadczeń, pozwoleń i zaproszeniu patrolu na jutrzejszy koncert w hali sportowej, jestem uratowany.

- Aaa... ten wygląd... to z muzyką związany? - wyczytuje z dokumentu. Następnego dnia na koncercie w hali sportowo-widowiskowej dochodzi do ekscesów. Chyba w ramach „kultury" przyszła kompania wojska i w trakcie naszego występu chłopaki w ekstazie, uwolnieni, zbezcześcili mundury, zrywając pagony, odrywając guziki, depcząc czapki z godłem państwowym. Wymieszali się w pogo z załogantami i choć na chwilę nie byli żołnierzami. Rankiem jednak Andrzej sprowadza nas na ziemię.

- Panowie, załatwiłem dodatkowy koncert tutaj w Kielcach. W takim klubie...

Jedziemy na miejsce i okazuje się, że to osiedle hoteli robotniczych, a gramy w klubie na parterze jednego z nich. Dobra jest, myślę - zadupie jakieś to jest, ale może trochę załogi przyjdzie I nie będziemy do pustej sali grać. Sala nieduża z miniscenką, za którą mamy jakby garderobę i dwie skrzynki piwa (!!!) od organizatora. Zasiadamy więc, popijamy piwo i czekamy na publiczność i godzinę rozpoczęcia. Jedno, co mnie zastanawia, to że z sali nie słychać typowych odgłosów zbierającej się publiczności. Jedynie jakieś szmery i szurania. Naładowani Jeszcze wczorajszym koncertem, autografami na świeżych sznytach, jesteśmy w nastroju bojowym. Rozniesiemy tę salkę. Wreszcie Andrzej daje znak, że mamy zaczynać. Dziś my gramy pierwsi. Ta dziwna cisza na sali za kotarą. Wypadamy na scenę w kolejności Kamil, Blitz, Magik, Czombe j ja na końcu. Wypadamy na scenę, żeby roznieść salę, i w tym samym momencie dębiejemy kompletnie. Nie do wiary. Sala jest pełna facetów siedzących rzędami w fotelach i na krzesłach. Większość w kapciach. Oklaski. Takie na przywitanie. Cisza. Patrzą nieruchomi. My patrzymy na nich, na siebie. Gdzie my jesteśmy?... Blitz nalicza i gramy Jeden Świat. Oklaski. Gramy Hitlers in the Chart again. Oklaski. Gramy Nigdy i w nic. Oklaski. Kurwa, co to, automaty?! Nie wiadomo: podoba się czy nie podoba? Zero emocji w tym klaskaniu. Ot takie, nie za długie, nie za krótkie, cichnące, jak wytrenowane. Obłęd. W połowie Piosenki o mojej Generacji... żesz wasza robotnicza brać... - nie wytrzymuję.

- Ludzie, obudźcie się!!! - Schodzę ze sceny. Kończymy nasz występ. Republika gra bez zająknięcia cały program. Zawodowcy.

12:20, a_maciek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012

W kieleckiej gazecie.pl ukazał się naprawdę niezły tekst o tym (pod-)kieleckim muzyku i kompozytorze przy okazji jego urodzin, a ponieważ spodobał mi się i w formie, i w treści to linkuję go z przyjemnością: CZYTAJ

Gdyby tekst zagubił się gdzieś na serwerach lub gazetowa wyszukiwarka go nie odnajdywała wrzucam go do swojej podręcznej pamięci: OGLĄDAJ!

17:25, a_maciek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 stycznia 2012

Zastanawiałem się oczywiście, jak bardzo obrazowa będzie to autobiograficzna opowieść tego kieleckiego aktora, ale tak jak się spodziewałem – na pikantne szczegóły z życia kieleckiej bohemy nie ma co liczyć. Jest jednak nakreślony pewien szkic, zarys takich wspomnień, kilka zdarzeń czy anegdot jest zajawką tego, co Edward Kusztal mógłby napisać, choć z przyczyn obyczajowych, czy z szacunku do innych osób wolał zapewne pominąć szczegóły, całe zdarzenia lub epizody w życiu. Wspomniał o tym też Zdzisław Antolski TUTAJ, dopowiadając kilka elementów do historii, które, jak się dowiadujemy, były żywymi gawędami, opowiadanymi przez autora od lat.
A sięgnąłem po tę książkę właśnie czyhając na jakieś smaczki. Pierwsze co mi się jednak rzuciło w oczy to lekki chaos w całości, jakby zabrakło redakcji, poukładania tych opowieści we wzajemnie uzupełniające się wątki. Narracja jest nieco powierzchowna, choć z drugiej strony kreśli obraz Kielc z dosyć niespodziewanej strony, choćby prostymi historyjkami z dzieciństwa, opisując banalne rzeczy, ale istotne dla wiedzy o ówczesnym funkcjonowaniu miasta: o tym jak prowadził krowę z Krakowskiej Rogatki przez obecny skwer Szarych Szeregów, o tym jak wyglądało korzystanie z wody i kanalizacji w kamieniczkach przy Zagnańskiej czy o handlu na bazarach na obecnym placu Wolności.
Smaczne za to w podwójny sposób są wszelkie informacje na temat życia gastronomiczno-kulturalnego w naszym mieście, wspominki o restauracjach, knajpach, nietypowych miejscach, gdzie można było coś zjeść. A i wychwycić w tym można właśnie to, co można było dostać do zjedzenia i wypicia i w jaki sposób było zaserwowane, w którym lokalu kogo można było spotkać.
Sporo jest opowieści „branżowych”, czyli związanych z zawodem Edwarda Kusztala i to jest duży plus tej książki: o kieleckim teatrze, jego dyrektorach, aktorach, pracownikach i ciekawszych przedstawieniach; anegdoty, ciekawe spostrzeżenia i wiele drobnych informacji, które uświadamiają, jak bardzo różni się dzisiejszy teatr od tego sprzed kilkudziesięciu lat. Ciekawą informacją na pewno może być lista filmów, które były kręcone w Kielcach lub w jego okolicach (a w tychże filmach zapewne grał autor książki), bo jest tu kilka zaskakujących mnie informacji. Oprócz anegdot artystycznych z czasów soc-realu, będących tylko wycinkiem z tej smutno-paranoicznej epoki, zabrakło mi jednak dosyć ważnego momentu w historii, czyli jak na stan wojenny reagował kielecki światek artystyczny i co działo się z ludźmi z kręgów kultury w momencie nacisków ze strony służb bezpieczeństwa. Nie ma, trudno, inne rzeczy to rekompensują, bo to książka o wartości samej w sobie. Jest też w książce dosyć bogaty materiał zdjęciowy, co jest bardzo fajnym uzupełnieniem tych historii. Ogólnie - warto, naprawdę warto przeczytać.
Książkę wydało kieleckie wydawnictwo „Jedność”.


21:55, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 stycznia 2012

Nowy Rok wypada zacząć z hukiem i do tego najlepiej nadaje się historia o kieleckiej kapeli ARGER. Zapomniana, może dlatego, że zostawili po sobie dosyć mało trwałych śladów, a i pewnie z tego powodu, że publiczność metalowa wydaje się być raczej mało uspołeczniona i niezbyt dbająca o swoje korzenie. Cóż, oczywiście materiał zdjęciowy to przemejlowany prezent od Piotra "Brody", a jakże by inaczej. Jednakże istotną częścią opowieści jest spisana historia kapeli skopiowana z youtubowego kanału tejże kapeli, skąd też podebrałem dźwięki zamieniając je w cudowny sposób na mp3 [gdyby ktoś zapragną sobie ściągnąć samą muzę].

Początek istnienia grupy przypada na 1985 rok. Założycielem był Marek „Diabeł” Gawęcki i Grzegorz „Dziobek” Degejda. W pierwotnym składzie wspomagani byli przez ś.p."Suchego" - wokal i Jacka Kleszczowskiego - gitara. W tym składzie rozpoczęli działalność, z braku miejsca na zorganizowanie prób w mieście przenoszą się do świetlicy w podkieleckim Masłowie, niestety pech chciał, że znajdowała się ona naprzeciwko kościoła - z racji wykonywanej muzyki, a co za tym idzie wyglądu zespół zmuszony był się ratować ucieczką (na całe szczęście bez uszczerbku na zdrowiu).

[pierwszy skład - 1985 rok]

Od czerwca 1987 roku grupa ARGER zaczyna kontynuować działalność w nowym składzie, do którego dołączają Robert „Baranek” Maciejski - wokal, Alek Kwinta - gitara i Dariusz „Nowy” Zegadło - perkusja. Pierwsze próby odbywają się w klubie „Iskra” przy ul. Mielczarskiego. Niestety klub przestaje udostępniać pomieszczenia po dwóch „sesjach” z powodu nadmiaru „chałasu”. Natychmiastowe poszukiwania nowego miejsca kończą sie na klubie „Ziemowit” na oś. Czarnów przy ul. Chrobrego. We wrześniu tego roku grupa występuje w muszli kieleckiego Parku Miejskiego. Koncert zostaje przyjęty z umiarkowanym aplauzem. W listopadzie ARGER występuje na „Talentach” organizowanych przez WDK razem z innymi wykonawcami z Kielc, min. DEKRET’em. Grupa eksperymentuje także z pirotechniczną oprawą koncertu. Z tego powodu przygotowania do występu zajmują jedną z dwóch dostępnych garderób, negatywnie nastawiając resztę wykonawców wobec kapeli. Nie wszyscy muzycy ARGER pojawiają sie na scenie trzeźwi, pomimo to koncert wypada ciekawie i przyciąga uwagę. Niestety techniczne możliwości muzyków i jakość sprzętu nadal sprawiają problemy. „Domowej roboty” efekty pirotechniczne też zostawiają przy okazji „znamię” na deskach podłogi koncertowej WDK.

Na przełomie roku 1987/1988 aż do wiosny, powstaje zastój spowodowany w większości „zajęciami” w życiu prywatnych członków zespołu. Grupa rozstaje się też z Jackiem Kleszczowskim i Robertem Maciejskim z powodów związanych ze zmianami w kierunku muzycznym. ARGER kontynuuje później działalność w składzie: Marek Gawęcki - śpiew, gitara basowa, Alek Kwinta - śpiew, gitara i Dariusz Zegadło – perkusja, kierując się bardziej w mieszanie gatunków thrash metal'u i hard core'a.

 

W tym samym czasie zespołem zainteresował się zarząd kieleckiego WDK, który zaoferował zajęcie sie grupą, udostępniając między innymi główną salę kinową na próby oraz na organizowanie koncertów. Pierwszy koncert odbył sie w owej sali WDK gdzie „główną atrakcją” był ARGER plus support (grupa SEVENTH STAR). Na koncert przybyło około 200 - 300 fanów ostrej muzyki. Występ był spektakularny z efektami pirotechnicznymi i oprawą świetlną zorganizowaną przez pana Dariusza Górala (później mgr. chemii). Na koncercie gościły też lokalne media. Współpraca z WDK skończyła się pod koniec lata 1988, kiedy ARGER nie wywiązał się z narzuconej obowiązkowej trasy koncertowej po województwie. Zespół spędza całe lato grając próby pod Suchedniowem w domu Dariusza Zegadło.

 

Kapela zdecydowała się działać na „własną rękę”. Następny występ odbył się w Kielcach, jako support przed grupą TURBO na ich trasie koncertowej z cyklu „Metalmania". Fantastyczny odbiór fanów i profesjonalna oprawa spowodowała duże uznanie w kręgach krytyków, a szczególnie pomiędzy lokalnymi fanami tego typu muzyki. Koniec roku 1988 przynosi następne przemiany, gdzie Marek Gawęcki rozpoczyna współpracę z zespołem DEKRET zastępując dotychczasowego basistę Olafa. Kolaboracja przyniosła poszerzoną współpracę pomiędzy zespołami - Alek Kwinta uczestniczył w nagraniach pierwszego demo DEKRET'u „1988” jako gość na gitarze m. in. w utworze „Ekscytuje...”. Warte wspomnienia jest też, że muzycy z obu zespołów przyczynili sie do stworzenia i długoterminowej współpracy pierwszego zespołu Grzegorza Jasa CITY SKYLINE/FIODOR (The Lovers, Trudy).

 

[ostatni koncert i ostatnie zdjęcie - Kadzielnia, maj 1989 rok]

Na przełomie 1988/1989 roku Dariusz Zegadło opuszcza zespół ARGER a zastępuje go Tomasz „Śliwa” Śliwiński. Grupa rozpoczyna próby w klubie „Na Barwinku”. Muzycznie styl kapeli coraz bardziej rozwija sie w stronę nurtu crossover i hardcore. Ponowne przemiany w podejściu do twórczości i w życiu prywatnym muzyków przyczyniają się do następnego „przesilenia emocjonalnego” co prowadzi do pewnej stagnacji. Jednak na początku 1989 roku grupa wraca do formy i przyjmuje drugiego gitarzystę Pawła "Łakyś" Łakomca. ARGER występuje na Kadzielni jako support dla zespołów HAMMER i UNIVERSE (z Niemiec). Jest to ostatni występ ARGER. Grupa przestaje istnieć kiedy Alek emigruje do Wielkiej Brytanii w lipcu tamtego roku.

 

Do odsłuchania kawałki z prób w różnych miejscach:

ARGER Czas apokalipsy

ARGER Don't Blame

ARGER Insane on Sane

ARGER Miasto zła

ARGER Twoja śmierć

ARGER Twoja śmierć (wersja Suchedniów)

14:36, a_maciek
Link Komentarze (11) »
niedziela, 18 grudnia 2011

Nie wypada kisić przy tej okazji innych materiałów, które udostępnił Piotrek "Broda". To zdjęcia z różnych momentów tej kapeli, niektóre dosyć zaskakujące [jak to niczym z sesji dla magazynu dla młodych metalowców...], a niektóre wybitnie historyczne: zdjęcie z żeńską załoga punkową na Węgrzech czy napis na nieistniejącej księgarni w centrum Kielc.

A na koniec naprawdę dobry kawałek naprawdę dobrej jakości z naprawdę intrygującymi makijażami muzyków;)

 

Tak to onegdaj wyglądało...

22:32, a_maciek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 grudnia 2011

 Zawsze oficjalnie podawali, że założyli ten zespół 13 grudnia 1981 roku, choć tak naprawdę był to raczej następny, 1982 rok. Faktem jest jednak, że był to zespół, który odcisnął niebywale mocne piętno na kieleckim undergroundzie, a muzycy z nim związani orbitowali później lub równolegle w innych ciekawych projektach muzycznych. Trudno bez udziału któregoś z filarów tej kapeli napisać coś konkretnego o jego istnieniu, ale przy tym symbolicznym 30-leciu powstania DEKRETu wrzucam kilka ciekawych rzeczy z ich historii.

To pięć kawałków, które można odkryć w sieci z opisem „DEKRET demo 85” – mi aż trudno w to trochę uwierzyć, gdy zna się muzyczne oblicze zespołu z Piotrkiem „Brodą” na wokalu, funkcjonującego w tym składzie od 1986 roku. Ale jeżeli to rzeczywiście nagrania DEKRETu to zapraszam do antycznej uczty:

DEKRET demo’85_1

DEKRET demo’85_2

DEKRET demo’85_3

DEKRET demo’85_4

DEKRET demo’85_5

Innym ciekawym epizodem był wyjazd kapeli na koncert do Budapesztu. Węgierska wyprawa udokumentowana jest takimi oto fotopamiątkami:

 

A najnowszy prezencik medialny, wrzucony przez Piotra na jutubową muzodajnię to fragment koncertu DEKRETu z domu kultury MCK na ul. Słowackiego, który odbył się w 1990 roku. Nie jest to jednak jeden z ich kawałków, które znamy, ale cover niemieckiej trashmetalowej kapeli SODOM – przepyszne!

 

13:04, a_maciek
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 listopada 2011

Kilka dobrych tygodni temu upadł ostatni kawałek muru, który podzielił kieleckie Psie Górki na getta komercyjnych nieruchomości. Niektóre odcinki muru wyglądają na zdemontowane celowo, ale większość wygląda zdecydowanie tak, jak gdyby zostały zmiecione przez szarżę osiedlowej kawalerii kieleckiej. Wygląda to teraz naprawdę ponuro, ale z drugiej strony każdy obalony mur cieszy serce i w porównaniu do tego okresu, gdy mur dzielił ten rekreacyjny wcześniej teren na więzienne wybiegi dla bażantów, to jest zdecydowanie lepiej. 

O powstawaniu muru wspominałem w sierpniu i wrześniu 2009 roku. Oby tyranie betonu zawsze trwały tak krótko.

13:15, a_maciek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 listopada 2011

Słyszałem o tym koncercie legendy i przeinaczenia – jakoby to grał DEZERTER, albo że to oni byli suportem dla innego, bardzo znanego później toruńskiego zespołu, a to, że warszawscy punkowcy wywołali totalny szok na kieleckich ulicach. Ale przeglądając i czytając [bo i jedna, fotograficzna i druga, opowieściowa część tej książki są niesamowite] album „Generacja” Michała Wasążnika i Roberta Jarosza trafiłem na taką oto opowieść dotyczącą tegoż koncertu, który zespół DEUTER zagrał w naszym mieście:

PAWEŁ KELNER: Andrzej Ludew (…) chciał być naszym menadżerem i rzeczywiście załatwiał nam koncerty. Pojechaliśmy razem do Torunia, do nowej Odnowy, gdzie występował zespół Res Publica. Andrzej zgadał się z nimi i utrzymywał kontakt, ale nadal robił koncerty nam. Ludew zorganizował Deuterowi trasę Kielce i okolice, gdzie supportowała nas, już pod nową nazwą, Republika. Wkrótce Andrzej został jej menadżerem.

(…)

PAWEŁ KELNER: W stanie wojennym byliśmy z Deuterem w Kielcach. W hotelu restauracja była zamknięta. Byliśmy głodni, jedynym miejscem był dworzec. Wszędzie na ulicach wzmocnione patrole milicji. Poszliśmy z Czombem. Mieliśmy na głowie chirokezy, Czombe miał oczy i usta umalowane na czarno, ja byłem w brokatowym swetrze. Nie wyglądaliśmy jak z Kielc, ani w ogóle stąd. Oczywiście napatoczył się patrol milicyjno-wojskowy. Zaczęliśmy uciekać, Czombe gdzieś odszedł. Podeszli do mnie: dokumenty!, a ja nic. Oni: dowód osobisty! Masz jakieś dokumenty? Ja nic. Zgłupieli, pomyśleli, że nie jestem z Polski. Zaczęli: pasport! papier! Po chwili wyjąłem z kieszeni dowód osobisty. I było natychmiast: a żesz ty w kurwę jebany i pod ręce wyprowadzili mnie nie wiadomo gdzie. Nagle zobaczyłem białą postać, to był Andrzej Ludew: panowie, o co tu chodzi? To są artyści. Proszę bardzo plakaty: Republika, Deuter. Gramy jutro w Hali Sportowej. Milicjant powiedział do mnie: no, to ten wygląd to tak z muzyką związany?

22:46, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 października 2011

Tak, to prawdziwa historia, opowieść konieczna do zapisania – Allen Ginsberg zawitał 25 lat temu do Kielc. Całą opowieść, lub przynajmniej jej część opowiadaną publicznie, można było usłyszeć w Pałacyku Zielińskiego  na zdarzeniu "Skowyt i inne frazy Allana Ginsberga" w wykonaniu Teatru Promocji Poezji z Krakowa, w którym główną rolę narratora, odgrywał Szczęsny Wroński, recytujący, wykrzykujący i wyrywający sobie z gardła ginsbergowskie frazy przy naprawdę dobrze dobranej i świetnie wykonanej muzyce. Szczęsny Wroński to z kolei postać, która na pewno nadawałaby się na całkiem inną opowieść – część kielczan z kręgów kontrkultury może go pamiętać jako kierownika klubu „Pod Krechą” z lat 1986-87, gdy grały tam najsmaczniejsze wówczas kapele z undergroundu muzycznego z okolic punk rocka i zimnej fali.

Jeżeli ktoś nie kojarzy kim był Allen Ginsberg, można przywołać dla uściślenia przestrzeni twórczej, w której go można zlokalizować, inne nazwiska związane z kontrkulturą beatników, hipisów czy w ogóle fermentem społeczno-kulturowym z lat 60-tych w USA: Jack Kerouac, Ken Kesey, William S. Burroughs, Timothy Leary czy Bob Dylan. Ginsberg stał się w niektórych kręgach kultowym, mistycznym poetą i za swojego życia zawitał do Polski trzykrotnie właśnie w związku ze swoją poezją. Na tym niedawnym specyficznym spektaklu w Pałacyku Zielińskiego o jego wizycie sprzed ćwierć wieku w Kielcach opowiadali tłumacz jego twórczości Bogdan Baran i właśnie Szczęsny Wroński, który ćwierć wieku temu osobiście przywiózł czerwonym maluchem tegoż poetę z Krakowa, gdzie w teatrze miał spotkanie na temat swojej twórczości. W Kielcach zorganizowano na szybko spotkanie z Ginsbergiem w Pałacyku Zielińskiego, a zdarzyło się to 7 września 1986 roku. Kielce były zaledwie przystankiem na drodze autora do Warszawy, ale to wydarzenie naprawdę dużej miary jak na nasze miasto, i to akurat w tamtej ponurej epoce. W epoce szaro-brudno-czerwonego bóstwa, któremu mundurowi funkcjonariusze składali ofiary z radości i wolności, przyrodniego brata Molocha, o którym pisał w „Skowycie”:


(…)

Jaki sfinks z cementu i aluminium rozbił im czaszki i wyjadł mózg iwyobraźnię ?
Moloch! Samotność! Brud! Brzydota! Kubły na śmieci i nieosiągalnedolary ! Dzieci wrzeszczące poci schodami ! Chłopcy łkający w koszarach !Starcy płaczący w parkach!
Moloch ! Moloch ! Zmora Molocha ! Moloch bez miłości ! Molochmentalny ! Moloch surowy sędzia ludzi !
Moloch niepojęte więzienie! Moloch bezduszny karcer skrzyżowanychpiszczeli i Kongres płaczu ! Moloch którego budowle są wyrokiem ! Molochwielki kamień wojny! Moloch ogłuszonych rządów!
Moloch o umyśle czystej maszynerii ! Moloch którego krew to krążącypieniądz! Moloch którego palce to dziesięć armii! Moloch którego piersi toludożercza prądnica! Moloch którego ucho to dymiący grób!
Moloch którego oczy to tysiąc ślepych okien ! Moloch którego wieżowcestoją przy długich ulicach jak bezkresne Jehowy! Moloch którego fabrykiśnią i kraczą we mgle! Moloch którego kominy i anteny wieńczą miasta!
Moloch którego miłość jest bezkresną naftą i kamieniem! Moloch któregodusza to elektryczność i banki! Moloch którego nędza jest widmemgeniuszu ! Moloch którego los jest chmurą bezpłciowego wodoru ! Molochktórego imię jest Umysł!
Moloch w którym siedzę samotnie! Moloch w którym śnię o Aniołach!Wariat w Molochu! Jebaka w Molochu! W Molochu bez miłości i człowieka!
Moloch który tak wcześnie wszedł w mą duszę! Moloch w którym jestemświadomością bez ciała! Moloch który wypłoszył mnie z naturalnejekstazy! Moloch którego opuszczam! Przebudzenie w Molochu! Światłopłynące z nieba!
Moloch! Moloch! Apartamenty robotów! Niewidzialne przedmieścia! skarbceszkieletów! ślepe metropolie! demoniczny przemysł! upiorne narody!nieusuwalne domy wariatów! granitowe chuje! monstrualne bomby!
Poskręcali karki wynosząc Molocha do Niebios! Bruki, drzewa, radia, tony!podnosząc do Niebios miasto które istnieje i jest wszędzie wokół!
Wizje! omeny! halucynacje! cuda! ekstazy! spłynęły rzeką Ameryki!
Sny! adoracje! olśnienia! religie! okręty wrażliwego łajna!
Przełomy! rzeczne! uniesienia i ukrzyżowania! zmyte powodzią!Odurzenia! Świta Trzech Króli! Rozpacze! Dziesięcioletnie zwierzęcewrzaski i samobójstwa! Umysły! Nowe miłości! Pokolenie szaleńców!osiadłe na skałach Czasu !
Prawdziwy święty śmiech w rzece! Widzieli to wszystko! dzikie oczy! świętewycia! Żegnali! Skakali z dachu! w samotność! powiewając! niosąc kwiaty !Do rzeki ! na ulicę !

(…)

„Skowyt” (fragm.)

Inne utwory Ginsberga do poczytania TUTAJ, a fajnie skomponowana opowieść słowno-fotograficzna o tamtej wizycie tego amerykańskiego poety w Krakowie do obejrzenia i poczytania TUTAJ.

12:59, a_maciek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 września 2011

SUBIEKTYWNA HISTORIA ZESPOŁU DOM MODY (1982-1985)
1.
Może zacznę od początków. Urodziłem się... (wszyscy to znamy z "Rejsu" w brawurowej, z dużą dozą prawdopodobieństwa - kacowej interpretacji wzorcowego KaOwca). W 80-tych latach powstał zespół Dom Mody, właściwie w pierwszej połowie lat 80-tych. Tak... Dokładnie w pierwszej połowie pierwszej połowy: w 1982... Tak, w 1982, na początku tegoż roku. Zadekowaliśmy sie w kieleckim WuDeKu, wÓdeku? - nie, ja wtedy nie piłem, to oni pili, CI - instruktorzy. Pierwszy skład: Jacek Zalewski śpiewał - inteligentny licealista, pisał teksty korzystając z wierszy młodopolskich poetów: brał tomik, wyciągał metafory, konwertował "pod" nasz czas (też, ówcześnie, młodych); Boguś "Olek" Olczyk wyznaczał rytmy: na naszym terenie był najlepszym perkusistą, szybko załapał kapitalistyczne trends, że przejście robimy na werblu ta-ta lub tu-tu-tu, a nie przesypujemy ziemniaków (socjalizm) z worka do worka: salomonowa robota; Andrzej Wolski - dzisiejsza gwiazda muzyki elektronicznej (i muzycznych pejzaży) w naszym kraju - z pracowitym zaangażowaniem, ale i młodzieńczą brawurą, urabiał jeden z najpopularniejszych podówczas klawiszowych sprzętów: organy B-11; i ja: skromny mikuś - próbowałem coś komponować, podkładać elektroniczny bas i wygrywać jakieś nieporadne melodyjki na drugim manuale...
W zespole grali jeszcze: Andrzej Łukasik - obecny anglista, ówczesny - jedyny w Kielcach klangujący basista (przynajmniej w mojej przestrzeni); później - na jarocińskich występach - pojawił się Jacek Krełowski, z którym zresztą już wcześniej muzykowaliśmy na dwa fortepiany, amortyzując instrumenty Szkoły Muzycznej, do której skwapliwie uczęszczaliśmy (czasem "za", a nawet "ponad" nią: lubiliśmy przesiadywać na rozkładającym się strychu w jednym z jej budynków, obserwując przez zmurszałe deski stare miasto z ludźmi o przetłuszczonych włosach, głęboko spoconymi - z wylanymi na to wszystko wodami kolońskimi o unikatowej dziś woni, kupionymi naprędce w jakimś kiosku "Ruchu"); jeszcze później doszedł Lucjan Dulnik, ale o nim jeszcze będzie - później, później.
Mieliśmy też - a jakże - swoich akustyków (to brzydko powiedziane), REŻYSERÓW DŹWIĘKU, tak, to rzeczywiście oddaje ich kreatywność w przekraczaniu ograniczeń sprzętu (nagłaśniającego i nagrywającego), jaki był dostępny w peerelu. Paweł Wawrzała - zapalał się bez problemu - wszędzie było go pełno, mienił sie jak dyskotekowa kula. Stasiu Sidor - ostoja spokoju, celebryta konsolowych gałek. Tworzyli niezły tandem. "Jeden bez drugiego" nie istnieje w mojej pamięci.
Pojawiło się w moim zasięgu - bo grałem - nieduże, ale elitarne grono, które słuchało muzyki jakiejś takiej nowej, po-raz-pierwszej: nowa fala, new romantic... Punk - to było już dość stare, przyschnięte gówno, którego lepiej nie ruszać, bo jak zaśmierdzi... Zacząłem słuchać nagrań (docierały do nas z Londynu, kto miał najnowsze single - był gość, o longach już nie wspomnę... sam miałem jedynie jeden z magicznego Zachodu - grupy Visage) Ultravoxu, Spandau Ballet, Duran Duran - głęboko wierząc, że to niesamowicie odkrywcza muza, a to - po latach widzę wyraźnie - był zwykły pop tamtej epoki z całym marketingiem od stóp do głów! (no może prócz Ultravox). Ale wtedy te przehallowane przestrzenie, cykające breczki brały mnie jak gąbka wodę. Nie stroniłem też od Stranglersów, B-52's czy jugolskiej odmiany nowej fali - i to mnie "uratowało"...

Nasze "subkulturowe" środowisko (nawet nie wiem, jak się nazywaliśmy, właściwie, to chyba nie mieliśmy - jednoznacznej - nazwy) łączyło jedno: byliśmy elitą, byliśmy szczytem, byliśmy oryginalni i najnowocześniejsi! To, że było nas tak mało - tym bardziej uwznioślało naszą wyjątkowość (w większości byliśmy z jednego, kieleckego osiedla - ksemu, jakieś 30-40% z nas - z jednego bloku!).
Ponieważ grałem - wszyscy mnie lubili.
2. TORUŃ 1983
Mieliśmy już tyle kawałków, że wręcz wypadało je nagrać i wysłać na jakieś Przeglądy, Festiwale. Sesja utrwalająca odbyła się w WuDeKu - nasi dźwiękowi reżyserzy dokonali rzeczy "z pogranicza dostępnych możliwości" (niestety, na dzień dzisiejszy nie mam do tych nagrań dostępu, ich kultowość wzrosła - może ktoś, kiedyś, odkryje je - wielki odkrywca na tle zachodzącego słońca!).
Zakwalifilkowaliśmy się na "Przegląd Zespołów Nowofalowych" w Toruniu (1983) w kultowym - już wtedy - klubie "Od Nowa". Dyrekcja Wojewódzkiego Domu Kultury (Wojewódzki dopiero próbował pukać w perkusyjkę...) wypożyczyła nam znaczną część klawiszowego sprzętu, zataszczyliśmy ją do pociągu i hajda na dalekie światy!
Nasz sprzęt. Analogowy syntezator Arp - robił za bas: bzy bzy i pierdziu-pierdziu - takie wydawał dźwięki (grałem na nim oktawki, albo w podwójnej repetycji - oktawki, albo repetytywne prymy, w jednym z utworów odkrywcze kwinty!; zresztą, te oktawy na syntetycznym basie były na naszej scenie muzycznej - polskiej, blokowosocjalistycznej, a co dopiero kieleckiej - zupełnym novum). String - Vermona z DDR: właściwie do podkładania akordów, ale - z braku laku - musiałem wykorzystywać ją i na melodyjki, i na rytmiczne riffy czy kontrapunkty do linii wokalu. Andrzej, a później Jacek, rozkładali przed oniemiałą publicznością trójdźwiękowe dywany, raczej bez przewrotów (nie lubiliśmy łączyć kultury muzycznej z fizyczną) na uniwersalnych, ponadczasowych, wielce już dziś zasłużonych organach B(11 i 2). Bębny: zestaw raczej ascetyczny - Olek jednak korzystał z niego w pełni, choć grał oszczędnie, czuć było rozmach jego silnych ramion. I taki to - absolutnie bezgitarowy, choć w pełni na żywo skład: dwóch typów na klawiszach, bębniarz i śpiewak-tekściarz zajawiający niebywałe refreny "ooo, ooo, Samouwielbienie", " Auto-auto-auto-auto-da-fe!", czy przyprawiający o gęsią skórkę tekst "smugi cienia" - pamiętam pierwszą zwrotkę i refren:
"Jestem jestem całkiem sam
w nienawistnej myśli twej
człowiek - nie wiem, czy go znasz
umarł, nim osiągnął dzień
Odszedł, nim oświetlił go
blask zbudzony z serca tchnień
- tak opuścił klatkę swą
człowiek, co go zabił wiek!"
i refren:
"Smugi cienia
smugi cienia
smugi cienia
smugi cienia!"...
No i wygraliśmy ten toruński przegląd; po raz pierwszy zobaczyłem na żywo tyle ludu w fajnych rurkach, pozytywnie sczochranego, kolorowego... Kontrolę W, Płąnącą Żyrafę (niesamowitą), grupę Reportaż (ultraniesamowitą)... Jacek Zalewski, paradujący w wyciągniętym z szafy taty garniturze szytym w latach 50-tych, poszedł na schlewkę (która odbyła się zaraz po ogłoszeniu wyników) z organizatorami i akredytowanymi dziennikarzami, a ja - leżąc samotnie na metalowym łóżku w jednym z przesiąkniętych jakimiś gumowymi materacami pokoików jednego z odrapanych akadamików nieopodal lasku gdzie odór moczu gruba lignina i szmaty... myślałem o tej muzyce - wolnej! w swym eksperymentatorstwie, nie poddanej nikomu; srał pies tych wszystkich dziennikarzy, te malowane odrzwia lecących dziwek: na blichtr, wygrane festiwale, wywiady, prezentacje w "Studio 2"... Myślałem o tym, że chcę być jak Płonąca Żyrafa, jak Reportaż, że chcę być jeden, jedyny, tylko ja, ja pierwszy - a wy mnie podziwiajcie! (im MNIEJ osób - tym lepiej: wzrasta nasza Jedyność, Wyłączność... i ja na tym zyskuję, i ci, co mnie podziwiają - jesteśmy ŚCISŁĄ elitą!)


3. JAROCIN 1983
W tym samym (1983) roku zostaliśmy zakwalifikowani na Festiwal w Jarocinie. Jednakże kierownictwo (czytaj: dyrektor, ojciec - nie mój) naszego Domu Kultury nie było już tak przychylne. Gdybyśmy dokonali fuzji z rozwijającym się (również) w tym Domu zespołem pieśni i tańca Kielce... (co - bliżej naszych czasów - może i byłoby niezłe, patrz: Orkiestra Kiniora i Masłowianki; ale wówczas pewnikiem weszlibyśmy na minę śmiertelnej [z rozpuku] polewki naszych - awangardowych przecie - fanów. A my po jakiś "toruniach"...
No to jechaliśmy terkoczącym pociągiem (gdzie tłok i płot? nie - pot), bez muzycznego sprzętu, z obietnicą dostępu do niezniszczalnych organów typu B i nadzieją - na pożyczenie reszty klawiszy.
Pot zaczął mi spływać bokami junackiej pały i ukazało się czarne rozlewisko (boki miałem na atrament)... ale moja sztubacka pała nadal lśniła na swym szczycie w świetle popołudniowego słońca, odbitym w rdzawych szuwarach, niemytych, żeby lepiej się układały (koloru dodało moczenia czachy w wywarze z zielonych otoczek orzechów włoskich, przechowanych przez zimę w lodówie piwnicy obok zmiorów). Coraz bardziej równiny, wszysto sie wyrównało. Jarocin.

Dotarliśmy do punktu rozlokowywania, gdzie powiedziano nam, że będziemy spać w wielkim wojskowym namiocie. To nie w hotelu?! Wskazano nam gościa, który spał obok na trawie. To Ryszard Riedel, śpi tu, i nie narzeka. No niby nie.
Środkową (pomiędzy frontami namiotów) "aleją", pełną wysokiego błota, przechadzał się Muniek pod chińską parasoleczką... był jak jakiś przelotny pisarz haiku w tej muzycznej wioseczce.
Walter Chełstowski zagaił nas: to wy jesteście z torunia? nie, z Kielc. to nie wy gracie taką śmieszną muzyczkę? ?!.
Grzegorz Ciechowski stał kilka głów przede mną w barze dla muzyków. On wygląda jak łysy kondom - krzyknąłem. Wszyscy udawali, że nikt nie widzi. Nie wiem, co mnie naszło. W realu widziałem go po raz ostatni.

Znaleźli się ludzie, którzy chcieli pożyczyć nam sprzęt, hura, wokalista Zalewski miał nawet prezent NA tĘ przysługĘ: flaszkę, tkwiła sobie w jego plecaku. Więc będzie dobrze, póki co zadowolona kielecka ekipa wybierała się na noc regałów. Idziesz? No nie, są za bardzo komercyjni... a jednak. Słysząc daleko-przestrzenne werbla duby sięgnąłem do plecaka. Po czym - pipi i kaka nie ruszając się z namiotu i - lulu...
Następnego dnia paru z naszych musiało jechać aż do Poznania po flaszkę (w Jarocinie była sobie prohibicja), następnie przemSknąć się przez kordony ochrony (swoją drogą: niezła nazwa dla zespołu - punkowego? KORDONY OCHRONY). Ale mieliśmy upragniony sprzęt! Zbliżał się dzień (właściwie późny wieczór) naszej Prawdy, i naszej "porażki"...

I nadeJszła ta chwila... Nadchodził zmrok... ("Nadchodzi zmrok" - to tytuł jednego z utworów, który wtedy graliśmy: [o ile pamiętam początek:] nadchodzi zmrok/ milczy śmierć/ wiatr z mrokiem kocha się (.....).
Pożyczone klawisze coraz bardziej lśniły obdarowane sztucznym światłem... Zaczynaliśmy utworem "Samouwielbienie": pojechałem z basu, lecz mikrostrojenie, mikrostrojenie! rozregulowane było... I zobaczyłem jak - jeszcze przed momentem przyssany w oczekiwaniu do dwóch ścian mocy - TŁUM odkleja się, ciapka po ciapce, i odpada jak zaschnięty klej biurowy. A pierwsze rzędy chwytają się za okolice dzwonów (nie widziałem czy kółeczko, czy trójkącik - widziałem dzwony, dzwony widziałem) i z esencjonalnie ambiwalentnym bólo-uśmiechem, podkurczone, niejako zbite w sobie, odwracają sie w kierunku przeciwnym. Ta najobleśniejsza część przyssanych do słupów mocy odpadała już ciapa po ciapie, i wzburzyła się krew TŁUMU. Bo TŁUM zawsze odpłaca pięknym za nadobne. I pogrążony niejako w porodowych bólach Począł wracać, i dał się słyszeć z pokaźnej gardzieli hukokrzyk, krzykowrzask: "dom mody", który szybko uformował się w hetakombiczne om!!!!!: dom mody do wody, dom mody do wody, dom mody do wody. Chcieli nas, kurwa, złożyć w ofierze.

Przemykalimy chyłkiem z naszymi wnętrzami przed sobą. Powrót do Kielc był nad wyraz cichy. Być może wtedy Jacek Zalewski przeżuwał ostateczną decyzję o zerwaniu lewej widełki, bo wyjeżdżał do prawej: Opola (chciał mieć prosto). Być może wtedy stworzyłem sobie ostateczny ratunek, że underground; bo underground: im gorzej - tym lepiej. Może...
4. SINGIEL
Póki co - jechaliśmy terkoczącycm pociągiem do Sopotu: Jacek Zalewski, Boguś Olczyk, Jacek Krełowski i ja. Mieliśmy się spotkać z jednym gościem, który obiecał nam kokosy. I objawiła nam się Trójmieść Wielka.
Mieliśmy rozmowę, podczas której gość zaproponował, żebyśmy połączyli się z zespołem LSD (to znaczy Jacek Zalewski i ja - reszta nie była mu potrzebna). Uniesiony licealną niekłamaną solidarnością nie zgodziłem się, Jacek też nie; gość nawet obiecał, że jak się dogadamy - to dziś śpimy w Grand Hotelu... dobrze, że się nie zgodziłem - może dziś nie mógłbym pisać już tych słów: LSD...
Póki co: musieliśmy poszukać sobie jakiegoś miejsca do spania. I znaleźliśmy: wiatę przystankową na jednej z mniejszych stacyjek kolejki podmiejskiej; do dziś pamiętam te twarde rzadkie koły desek. Ale dobrze, że się nie zgodziłem.
Zalewski powiedział, że dostał się na studia do Opola i idzie dalej. Ten etap Domu Mody definitywnie dobiegł końca. Warto go przypieczętować choć pierwszą zwrotką mojego ulubionego utworu Oda:
Twoje własne, prywatne piekło
rozpaliłeś dzisiaj w duszy swej.
Atomowe słońce w noc uciekło,
do drzwi cicho puka CIA -
to wędrowni alchemicy strachu
w piaskownicach grzecznie burzą świat;
na wiaderkach mają wydrapane
czarne krzyże, w oczach śmierci blask.
Zimna wojna się skończyła, czy wymowa tego utworu przestała być aktualna?

Próbowaliśmy coś dalej. Andrzej Wolski wrócił z wakacyjnych wojaży. Mieliśmy materiał, nie było wokalisty. Przez chwilę śpiewał Jacek Stachurski (znana postać w przestrzeni ówczesnej bohemy kieleckiej; tak znana, że wymaga odrębnego opracowania) - miał problemy z gardłem, ja też miałem, ale ktoś musiał śpiewać - to mnie zmusili.
Mieliśmy - tu, w Kielcach, nie na dalekiej północy - menedżera z prawdziwego zdarzenia, Wojtka Stachurskiego (brata Jacka, a niepodobni byli...), który zorganizował nam konferencję prasową w Klubie środowisk Twórczych, w "Sołtykach"... Ale teraz nadszedł czas na ostateczne pojawienie się współwłaściciela "drugiego oddechu" zespołu - Lucjana Dulnika.
Lucjan: postać nie tyle maksymalnie złożona, co maksymalnie kreatywna. Widywaliśmy się w nadmienianym już WóDeKu, gdzie miał próby z Księgą Ubogich, potem Pulsem.
Księga Ubogich: jazz-rockowa, symfonic-roczna kapela (Lucjan Dulnik - gitara, Wojtek Wieczorek - klawisze + zmieniające się osoby w sekcji [równie ważne! np. Andrzej Łukasik - bas, Wiesiu Michałek - bębny]). Byłem na ich pamiętnym koncercie w sali kinowej, gdzie rządzili zagrzybieni hipisi z Bananem (flecistą i sitarzystą) na czele. Zaczynał Wojtek plamami na elektrycznym pianie, dołączała się sekcja i wychodził On - gitara czerwona, solówka złożona. Utwór trwał ze czterdzieści minut, z czego solówka gitary: bite pół godziny. Tak się wtedy grało! (jeszcze też).
Puls: spodobała się Lucjanowi Nowa Fala (jakkolwiek ją pojmował), zafascynowany był np. Grzegorzem Ciechowskim i Republiką, i chyba chciał robić więcej utworów! (prosty rachunek: dwa trzykwadransowe to ile trzyminutowych?). I robił. Skoczne były. Byłem na słynnym koncercie w parkowej Muszli (na którym i ja grałem z Domem Mody). Czasy były ciężkie, sytuacja była ostro-kwaśna: jeden zespół może zostać w Klubie Kultury (wdk) - instruktor Marek Tchórz niespiesznie, jakby mimochodem, przechadza się pośród licznie zgromadzonej publiczności. Jest słoneczny dzień. Przypoceni panowie ocierają kapiące potem glace, marzą o chłodnej piance, pod którą - coraz głębiej - coraz chłodniej ach! a panie mlaszczą i szeleszczą przepoconymi udami pod nazbyt szorstkimi sukienkami, choć wyglądają na takie powiewne... Marek Tchórz nadstawia ucha - i słucha... co mówią, który zespół się podoba, na który nie ma e-rakcji... Po koncercie dowiedzieliśmy się, że zostajemy.
Jakiś czas później Lucjan mi oznajmił, że zna żonę, która pochodzi z Kielc, Andrzeja Mogielnickiego (który pochodzi z Warszawy). Który pisze teksty dla Lady Pank, Izy Trojanowskiej (Budka Suflera). I On (Andrzej) zna dyrektora Tonpressu; i możemy wydać singla, i On (Lucjan) to załatwi.
No to go przyjąłem do zespołu Dom Mody.
Skubaniec - załatwił. Teraz mieliśmy pewien problem: jako, że chcieliśmy nagrać zupełnie nowy materiał (ja wniosłem muzykę do późniejszych "Szyfrów", a Lucjan doprawił; on wniósł muzykę do późniejszego "Deszczu Słów" - i ja dodałem - tu i ówdzie - szczypt pare) potrzebne były - i! - teksty.
No to siedliśmy, w wieżowcu Lucjana na kieleckim osiedlu o srebrzystej nazwie Czarnów. W ciemnej kuchni... i, niedowidząc, kleciliśmy – co nam ciemnawa poświata przynosiła, choć męczylim sie z lekka ale – przecie singiel czeKKa! - - -
Tekst “Szyfrów” powstał szybKKo, opowiadał historię każdego z nas – w tamtym czasie, i w każdym czasie. Niektórych ubyło, ale – raczej – przybyło:
znowu jesteśmy
każdy z nas prawa ma
znowu znikamy
tylko czas
twarze w nas
zna
pamięta jak
życie rozwiewa wiatr [– i my wierzyliśmy:] znowu wierzymy
tylko fałsz da nam moc
znowu wątpimy [nie mogliśmy!]
uciec chcąc, a tu - - -
GWIAZDY SZYFRUJĄ DNI
NOCE MIJAJĄ [wyobraźcie sobie taką noc w ciemnej kuchni, brrr]
A ŚWIAT BIEGNIE
GDZIE CHCE
LUDZIE, PRZERWIJCIE TEN
MÓJ
SEN [przerwali].
I pozostała druga strona singla: “Deszcz słów” w peerelowskiej ciemnej kuchni, ale jednak: od czego wyobraźnia:
okienne ruchy, odbicia szyb
żyją sylwetki zmieniając kroki bo noc
podaje dłoń
nie wiedząc nic o złym dniu (....)

Teraz już mogliśmy jechać do Warszawy, do studia Tonpressu, i spać w Europejskim (wreszcie hotel, po “tylu latach”...).
Był listopad orwellowskiego 1984 roku. Byliśmy my: Bogusław Olczyk (wiadomo), Andrzej Wolski (załatwił klawisze – ciągle nie mieliśmy swoich!), Lucjan Dulnik (gitarren: ta cieńsza i bas-sss również) i ja (klawiszen i baryto-nowy śpiewik, by tak rzec)
Chciałbym się wspomóc zaskakująco mile rzetelnym opisem “Szyfrów” z “GleboZgryzarki” :
<Zaczniemy od największego chyba obskura na owej nigdy nie zaistniałej składance. Dom Mody "Szyfry", 1984.
Tytułem wstępu. Nie mam zamiaru bawić się w archeologa i mówić o historii zespołów, burzliwych dramatach i widowiskowych akrobacjach, chyba że moja nadjedzona przez alkohol pamięć zaserwuje mi na bieżąco jakieś ciekawostki. Każdy umie korzystać z internetu, każdy zna się na dataminingu. Znaczy to tyle w odniesieniu akurat do zespołu Dom Mody, że kompletnie nic o nim nie umiem powiedzieć. O ile wiem, jest to jedno z zaledwie dwóch jego oficjalnych nagrań, opublikowane w ramach "Jeszcze młodszej generacji", wcześniej wydane na tonpressowskim singlu razem z "Deszczem słów", też zresztą zacnym.
Nazwa składu - świetna. Numer - rzadko to idzie w parze, równie świetny. Co prawda silnie naznaczony wpływem zimnej fali (styl gry i brzmienie sekcji rytmicznej, usilnie barytonowy przelot wokalny), ale po pierwsze nie korzystający z niego w sposób wkurwiający, a po drugie, przy tym dość oryginalny.
Zwróćcie uwagę, na przykład, na bardzo intensywne (jak na ówczesne normy muzyki INDIE) i mało zimnofalowe wykorzystanie syntezatorów. Raczej Moroder niż Hannett, raczej Lipko niż Ciechowski, oprócz ósemkowego fortepianu gdzieniegdzie. A przede wszystkim na zaawansowany przebieg samej kompozycji.
Już w 43 sekundzie, zanim wejdzie refren, Dom Mody wprowadza pierwszą - mocno radykalną - zmianę tonacji. Jak wiecie: zmiana tonacji, krócej - modulacja, to ten moment, w którym krytycy rozpuszczają się z zachwytu, a słuchacz wciska stop; reakcja odwrotna następuje jedynie przy tzw. transpozycji eurowizyjnej (całość o ton w górę przy końcu utworu). W samym refrenie tonacja zmieni się jeszcze raz, dokładnie w połowie, chociaż wrażenie "co się kurwa dzieje" wywoływane jest tam częściej, poprzez wtrącanie dysonującego akordu klawiszy.
Relacja linia wokalna - akordy też frapująca, popatrzcie na pierwszą część refrenu, gdzie melodia raz trafia w dźwięk składowy akordu gitarowego, a raz biegnie sobie w cholerę gdzieś na dźwięk dodany. Ok, nic nowego, ale przypominam kontekst, to Polska, ROK ORWELLOWSKI, Jarocin, Rokendrol. Do tego inteligentne rozwiązanie dialogu klawiszy z gitarą, syntezatory grają w miarę możliwości ostinatowo, powtarzalnie, starają się jak najdłużej zostać na jednym motywie, podczas gdy gitarzysta już dawno zabrał się za inny akord. Ciekawe, że w mostku od 2:00 role się na chwilę zamieniają. Dużo ruchu, i to z sensem, a tylko 2 minuty i 40 sekund.
Gdyby ktoś mi powiedział, że to Dębski (a jest to człowiek który o muzyce wie niestety wszystko, oraz autor chyba najbardziej niezwykłego wmso* utworu w historii polskiej piosenki, mam na myśli "Stan pogody") spróbował być jak Joy Division, to uwierzyłbym jak nic. I tu niech będzie anegdotka o Dębskim, skoro o zespole Dom Mody nie dysponuję żadną. Otóż gra sobie Krzesimir dżob w dużym składzie jazzowym, są wczesne lata 70, kwitnie fryta, czyli free jazz. Zespół zaczyna improwizować. Mija trochę czasu, bohater naszej opowieści nieco zagubił się w meandrach grania każdy sobie. Nieco przestraszony, bo to ważny wykon i prestiżowy, odwraca się do perkusisty i pyta "gdzie jest raz? gdzie jest raz? gdzie jest raz?". Na co spocony bębniarz z przejęciem rzuca "pierdol się! pierdol się! pierdol się!".
Morał: już lepiej jednak grać zimną falę. A najlepiej tak umiejętnie, jak w utworze "Szyfry".
- niestety, utwór usunięty z youtube, a właśnie tam prezentował sie szczególnie miło i fajnie...
Singiel pojawił się na rynku w 1985 roku, krążył po listach trójki i rozgłośni harcerskiej. Lucjan szykował się NA wyjazd do Francji – tam miała się przenieść nasza dalsza kariera muzyczna, ja zaczynałem grać w zespole PANTEX używając rozklekotanych organów i wykrzykując lub wyjąc teksty typu:
bo zaplecze pracuje dla frontu
a front chroni ciebie i dom
zwycięstwo nasze jest całkiem blisko
potem oddamy czołgi na złom
potem zniszczymy broń i armaty
minowe pola porośnie las
dziś wzmocnij trud dla naszej sprawy
brak twojej pracy to walki brak
(nota bene tekst napisany przez Jacka Zalewskiego).
W ogóle notorycznie już słuchałem zespołu Cabaret Voltaire, (oczywiście) The Residents. Mieliśmy jechać na opolskie debiuty z szyframi – Lucjan parę dni wczesniej opuścił nasz kraj, i nasz blok wschodni. Szyfry ukazały się na składance “Jeszcze młodsza generacja” - ja czułem się JESZCZE młodszy: eksperymentowałem z dźwiękiem włażąc do wnętrza fortepianu, gnąc szule ze szpulowców, drepcząc drogi do długo nie oddawanych półgotowych bloków, gdzie wdychałem coś W chusteczkę. Lucjan musiał dotrzeć do swojego dna pod jednym z francuskich pod-mostów – oczywiście – by się odbić. I ja zaplaszczałem się w krwisto-marmeladowej degrengoladzie: grałem w zespole Hit Hit coraz bardziej wiążąc się z płynnymi prostakami koloru byczej krwi, ale oddechem smoka. Nadal pozostawałem w chusteczkowej elicie i bywałem lekko zniesmaczony "torebkującymi" warstwami niższymi. Chociaż – wreszcie mogłem jechać wprost. Chciałem rozwalić cały świat, oczywiście, na końcu ja bym został. Rozwalić siebie? Nie wyszło.
KONIEC

ŹRÓDŁO tekstu


Tekst pochodzi z bloga Witolda Gąski, z którego najzwyczajniej w świecie go przekopiowałem, bo uważam, że warto, a jest to ważny kawałek kieleckiej historii, kontynuowanej później np. w takim projekcie muzycznym jak HIT HIT. Zdjęcie zaczerpnąłem z sieci, więc nie mam nawet pewności, że jest na nim zespół. Dorzucam jako konieczny bonus linki do 2 numerów z tonpressowego singla:
SZYFRY”
„DESZCZ SŁÓW”
W dodatku „Szyfry” ukazał się na składance „Jeszcze młodsza generacja”, o której napisane jest i podlinkowane do ściągnięcia na pewnym wartościowym blogu: CZYTAJ & SŁUCHAJ


20:16, a_maciek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 11 września 2011

 

Polecam w ciemno wystawę, której wernisaż odbędzie się w Galerii „Lakiernia” 16.09.2011 o godz. 18 – „Szaro Czarnów” to fotograficzny obraz tej dzielnicy, która posiada od wielu lat swój nietypowy charakter. Charakter ten tworzą nie tylko mieszkańcy, ale i podejście miasta do tej dzielnicy, co można zaobserwować przechadzając się po tym miejscu i porównując do innych części Kielc. Autorzy o tej wystawie piszą tak: Obaj mieszkaliśmy na wielu kieleckich osiedlach, ale Czarnów jest inny . Od razu dostrzega się specyficzny urok tego miejsca. To zupełnie inny świat. Bloki są w większości komunalne, a więc nie należą do spółdzielni, ale do miasta. A mieszkańcy bloków socjalnych nadają sznyt i wpływają na postrzeganie tego osiedla. Te obrazy dokumentują naszą fascynację tym miejscem.
O wystawie więcej można się dowiedzieć dzięki Wici.info

15:15, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 września 2011
Konieczny dodatek do poprzedniego wpisu o zespole K.Z.N.A., który pojawia się dzięki temu, że znowu, po raz kolejny, nieoceniony Broda podrzuca ze swojego [jak bardzo przepastnego?]  archiwum pełne (chyba) zapisy koncertów tego zespołu.
Koncert „Pod Krechą” [całość TUTAJ] do odsłuchania lub pobrania
Zegar
Idee Fixe
Ludzkość
Blues
Ballada o Tomku
Miłość
Nowy Agresor
Przyszłość

Koncert w Nowym Sączu [całość TUTAJ] do odsłuchania lub pobrania
Diabełek
Głowa
Jaś nie doczekał
Jeszcze
Musisz iść
Polska
Tacy jak ty

20:33, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Nie za wiele mam do napisania o tym zespole, który w latach 80-tych grał w Busku Zdroju. Byłem na ich koncertach, które w Kielcach zagrali w klubie „Pod Krechą” w sezonie 1986/87 [a czy, gdzie i kiedy indziej jakieś inne? Nie wiem], z których po tylu latach niewiele jednak pamiętam. Jakiś czas temu dostałem od Brody niespodziankę w postaci jednego kawałka z ich koncertu w naprawdę niezłej jakości [i od razu ciśnie się pytanie – czy i gdzie są inne nagrania z tych świetnych koncertów z tegoż klubu?] i można go odsłuchać tutaj:

KZNA live Kielce 13.12.1986

W Kielcach na tym koncercie grali w składzie: Jabber, Cihy, Gała i Bolek. Inne istniejące nagrania mogą pochodzić z koncertu w Nowym Sączu, który 30.09.1989 zagrali razem z ZIMĄ i UOM, w składzie już bez Jabbera i to był koniec ich działalności.

Niespodziewanie czyli zaskakująco na YouTube wyskoczył inny ich kawałek, niedawno zresztą tam podrzucony:

 



Dodatkowo dorzucam dwa kawałki, które najprawdopodobniej zamieszczone były na kasetowej składance "Winterdays I", wydanej przez  podziemne wówczas wydawnictwo ZIMA, prowadzonego przez ludzi z nowosądeckiej kapeli o takiej samej nazwie


KZNA – Polska

KZNA - Tomek

Ich nazwa miała wiele rozwinięć i tłumaczeń [podobnie jak amerykański MDC] – „Komitet Zakładu Nowoczesnej Anarchii” czy „Koza Z Nosa Albatrosa”, ale ostatnio usłyszałem niesamowitą opowieść w jaki sposób ten zespół zdobył perkusistę. Zaczaili się bowiem przed próbą lokalnej bluesowej kapeli i zmusili ich perkusistę do grania z nimi punk rocka – w tamtych czasach bycie punkiem nie znało kompromisów, a punk jako groźna patologia mógł budzić obawy o zdrowie z kontakcie z jego przedstawicielami... Wokalista natomiast posiadał ponoć talent literacki, który pozwalał mu na pisanie wypracowań szkolnych trzynastozgłoskowcem.


00:01, a_maciek
Link Komentarze (10) »
środa, 06 lipca 2011

Przed Sądem Rejonowym w Kielcach rozpoczął się proces dotyczący zdarzeń, które miały miejsce w czasie zeszłorocznego kieleckiego marszu przeciw homofobii. Jednym z oskarżonych jest Mirosław G., radny powiatu z ramienia PiS i przy tej okazji podrzucam laurkę FMW, jaką, dosyć nieudolnie, napisano onegdaj i opublikowano na stronie Telegraf24. Tekst jest nudny i nijaki, nie wspominając o tym, że niewiele się z niego dowiadujemy, a szkoda. O wiele ciekawszy jest drugi tekst zamieszczony na tym samym portalu, wrzuciłem go poniżej [Mirosław Gębski wspomina o pobiciu przez "konkurencyjne ugrupowanie" - czy chodzi o NZM? Szkoda, że tak powierzchownie poruszone są pewne wątki, mam wrażenie, że ma sporo więcej do opowiedzenia]. Dla poszukujących odsyłam jeszcze na stronę FMW.


Młodzież w walce z reżimem


Grzegorz Rykowski, Telegraf24.pl, 11-09-2009


Rzecz o kieleckiej FMW


Ćwierć wieku temu powstała Federacja Młodzieży Walczącej – podziemna organizacja zrzeszająca młodzież – „ uczącą się, studiującą i pracującą”. Działania organizacji objęły także Kielce i nasz region.
W Programie Federacji Młodzieży Walczącej ( opracowanym w 1989 roku ) czytamy: „W nazwę naszej organizacji wpisana jest walka. Chodzi tu zarówno o walkę z komunistycznym systemem, jak i walkę o każdego człowieka wokół nas, o wyrwanie go z bierności i apatii”.
KOMUNIKAT:   
W końcu czerwca 1984 r. na spotkaniu młodzieży, przedstawicieli szkół i zakładów pracy z Warszawy utworzona została Federacja Młodzieży Walczącej. Celem działania FMW jest organizowanie młodych ludzi do walki z komunistycznym reżimem w Polsce. Organizacja będzie się starać o dotarcie do jak największej liczby ludzi z szeroko rozumianych środowisk młodzieżowych. W działaniu liczymy na współpracę ze strukturami społeczeństwa podziemnego oraz innymi organizacjami młodzieżowymi. FMW udziela poparcia TKK “Solidarność”, oraz deklaruje udział w akcjach przez nią podejmowanych.
Komitet Założycielski FMW                                              
 
Ten komunikat jako pierwsza podała z Monachium Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa w sierpniu 1984 roku. Dwa miesiące wcześniej nieopodal Wisły w Warszawie powstała organizacja skupiająca szeroko pojęte środowiska młodzieżowe, by „Młodzi stanęli w pierwszym szeregu walczących z totalitarną władzą”. Założyciele powołali Komitet Założycielski FMW ( z którego w połowie 1985 roku powstała Rada Koordynująca FMW). Zadeklarowali współpracę z „strukturami społeczeństwa podziemnego„ by razem z nimi stworzyć „… niepodległą i demokratyczną Polskę”. Struktury nowej organizacji szybko się rozrosły obejmując swym zasięgiem kilka większych miast w Polsce: Gdańsk, Gdynia,  Kraków, Wrocław, Poznań oraz, choć w niewielkim stopniu, nasze Kielce. Walka o wolność dla Polski była prowadzona przez młodzież z FMW  od samego początku jej istnienia wieloma sposobami przy surowych represjach ze strony komunistycznych służb bezpieczeństwa. Niektórzy poświęcili dla niej bardzo dużo…      
W Kielcach początki FMW sięgają 1986 roku. Wówczas, jesienią, Grzegorz Żelazny i Mirosław Gębski –  dwóch bardzo młodych uczniów szkoły przy kieleckich zakładach CHEMAR podjęło próbę stworzenia struktur zbliżonych kształtem do FMW. Początki były trudne. Lata 1986 – 1988 to czas kiedy spotykało się zaledwie kilku może kilkunastu młodych ludzi. Choć jak na stosunkowo niewielkie miasto, którym były wówczas Kielce to i tak sporo. Ich działalność ze względów technicznych ( trudności z uzyskaniem papieru i brak powielacza ) ograniczała się jedynie do kolportowania hasłowych ulotek i malowania na murach antykomunistycznych haseł.
Aktywność kieleckiej młodzieży wzrosła w 1989 roku. Wówczas ukazały się trzy numery podziemnej gazetki pt.: Jodła. Powstały one w Krakowie ( pierwszy i drugi numer został przywieziony, w nakładzie po 500, z Grodu Kraka przez studenta politechniki krakowskiej Jana Gębskiego – brata Mirosława ). Natomiast następny numer został powielony w Gdyni i to stamtąd trafił do Kielc w ilości 1000 sztuk. Rok 1989 to także czas kiedy młodzież kielecka brała czynny udział w organizowanych w mieście manifestacjach. Pierwszą, w której uczestniczyła, była kwietniowa manifestacja dla uczczenia pomordowanych w Katyniu. Kolejna to trzeciomajowa, która wyruszyła spod kieleckiej katedry i przeszła śródmiejskimi ulicami. Głównym jej trzon stanowiły członkowie  KPN oraz NZS. Według relacji Mirosława Gębskiego była to największa manifestacja w której uczestniczyła młodzież naszego miasta. W 1989 roku młodzi przyszli także na wiec zorganizowany w maju w rocznicę śmierci marszałka Piłsudskiego oraz na spotkanie zorganizowane w czerwcu w proteście przeciwko władzom Chin  (odpowiedzialnym za masakrę na placu Tian'anmen 4 czerwca 1989 roku ). - W dniu 17 września 1989 sami zorganizowaliśmy spotkanie młodzieży, przypominając o agresji radzieckiej w pierwszym miesiącu II Wojny Światowej – wspomina Mirosław Gębski. 
W tym czasie powstają niewielkie grupy młodych ludzi ( dwu lub trzy osobowe ) w niektórych miastach ówczesnego województwa kieleckiego: we Włoszczowie, Skarżysku – Kam., Wąchocku, Stąporkowie i Starachowicach.
W 1990 roku grupa młodych ludzi przyłączyła się do kieleckich studentów ( NZS )przy okupacji KW PZPR W Kielcach. To wówczas Mirosław Gębski wykonał farbą w sprayu napis „FMW” na frontowej części budynku. Inicjały te są widoczne do dziś i o ile mi wiadomo jest to jeden z nielicznych napisów w Polsce. Po tamtych wydarzeniach pozostały ponadto ślady w kształcie litery X po kleju, na którym zawieszone były plakaty. Mirosław Gębski wspomina, że postulowano wówczas o przekazanie budynku na szkołę. Dziś w miejscu gdzie obradowali działacze PZPR mieści się Rektorat oraz Instytut Historii Uniwersytetu Jana Kochanowskiego.


 Grzegorz Rykowski ( źródło; własne, fmw.org.pl)


ŹRÓDŁO

Świetokrzyskie FMW


Andrzej Maksymowicz, 28-10-2009


Jeszcze o świętokrzyskiej FMW.


23 marca 1990 roku. Ciemna, chłodna noc, padający deszcz. Mirek Gębski spieszy się. Wie, że patrole Milicji Obywatelskiej właśnie tutaj, przed siedzibą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej są bardzo częste. Paskudna pogoda – zimno, do tego bardzo silny wiatr, jest sprzymierzeńcem młodego opozycjonisty. Być może milicjantom nie będzie się chciało łazić w takli deszcz. Mirek pospiesznie kreśli na ścianie budynku PZPR napis FMW. Nie zdaje sobie sprawy, że po 20 latach, skreślony tej nocy napis wciąż będzie widoczny. W realiach już całkiem innych.
Rok 2009. Z Mirosławem Gębskim spotykamy się w jednym  kieleckich lokali. Rozmawiamy o jubileuszu 25 lecia powstania Federacji Młodzieży Walczącej. Jednej z najbardziej ideowych formacji antykomunistycznych końca lat 80. i początku 90. Organizacji, która nigdy nie zaakceptowała układu Okrągłego Stołu, obok Partii Wolności Kornela Morawieckiego w latach 90. prezentowała najbardziej konsekwetntny, bezkompromisowy antykomunizm. Być może właśnei ta bezkompromisowość sprawiła, że środowisko to "nie załapało się" na kawałek tortu w III RP.
- W latach 80. nie patrzyliśmy na to w ten sposób. Najważniejsze były dla nas wartości takie jak patriotyzm, czy  walka z komuną. O profitach nikt z nas nie myślał. Częściej o cenie, jaką przyjdzie zapłacić. 
Płacili ją działacze FMW. Mirek Gębski dwukrotnie był pobity:
Po raz pierwszy w roku 1989. Wróciłem wtedy z jednej z akcji. Wszedłem do ówczesnego hotelu Centralnego (obecnie Łysogóry- red.) Okazało się, że imprezują tam działacze innej organizacji młodzieżowej. Zaatakowali mnie, było ich kilku na jednego. Po szarpaninie udalo mi się uciec. Po latach owiedziałem się, że lider "konkurencyjnej" organizacji młodzieżowej był agentem wpływu, a cała organizacja została założona przez SB, w celu rozbicia naszego środowiska.
Rok później Gębski został zaatakowany ponownie. Znów koło Dworca PKP:
Na ulicy Żelaznej zaatakowało mnie kilku mężczyzn. Udało mi się uciec. Milicjanci, którym zgłosiłem pobicie dopiero po kilku dniach zapytali mnie o rysopis sprawców. Raczej nie zalezało im na dojściu do prawdy.

Czas pobicia był nie przypadkowy. W kraju trwała kampania wyborcza. Młody antykomunista był zaangażowany w sztabie Kornela Morawieckiego - legendarnego lidera Solidarności Walczącej, potem Partii Wolności. Gębski w teczce miał podpisy zebrane na kandydata. Była to jedyna rzecz, skradziona przez napastników. Morawiecki nie kandydował, bo nie zebrał wymaganej licby podpisów.
Nie wiem, nie mogę stwierdzić, czy napaść miała jakikolwiek związek  z kampanią wyborczą, ani że gdyby do niej nie doszło, Morawiecki zarejestrowałby komitet. Natomiast gdyby tak się stało, prezydentem by nie był, lecz Partia Wolności mogłaby w latach 90. odegrać znacznię większą rolę niż odegrała.
Działanie FMW to demonstracje, akcje ulotkowe, gazetki. Napis na dawnej siedzibie partii widnieje do dziś.
Szkoda tylko, że studenci, studiujący w Uniwersytecie (w dawnej siedzibie partii mieści się instytut historii- red.) nie mają pojęcia, co napis FMW oznacza.
W połowie lat 90. działalność FMW zamarła. Sporo jej działaczy trafiło do radykalnie antykomunistycznej Ligi Republikańskiej. Był wśród nich Mirosław Gębski - został liderem stowarzyszenia w regionie świętokrzyskim. Obecnie czasy się zmieniły - młodzi ludzie nie uczestniczą w zadymach, nie ma klimatu dla ulicznych demonstracji. Ligi Republikańskiej już dawno nei ma. Działacze FMW powołali z kolei stowarzyszenie, mające na celu kultywowanie tradycji organizacji. W sierpniu obchodzili 25 lecie jej powstania.
Mirosław Gębski jest dziś urzędnikiem państwowym, radnym powiatu kieleckiego.
Najważniejsza jest dla mnie praca dla wyborców w moim okręgu. Tu można miec realny wpływ, zrobić coś konstruktywnego.


ŹRÓDŁO

20:15, a_maciek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 czerwca 2011

Zdjęcia jak zwykle od nieocenionego Brody, który tamże zaśpiewał.

Koncert odbył się na zburzonej niedawno scenie na placu Wolności, mam wszakże pewne wątpliwości co do daty zdarzenia - była bowiem zapewne cisza wyborcza, zdarzyło się to więc albo nie później niż 2 czerwca, albo jako feta po tym zdarzeniu. Z drugiej wersji rezygnuję, jestem zwolenikiem wersji wg nazewnictwa p. J. Szczepkowskiej [która ogłosiła, o naiwna, koniec komunizmu właśnie 4 VI 1989 roku], że był to ostatni koncert punkowy w komunistycznych Kielcach. Zapraszam do tańca! [tylko przy zdjęciach niestety...]

 

 

EDIT: [jako, że dopiski "Brody" do tego tekstu dają więcej iformacji o zdarzeniu, niż pierwota wersja wpisu, to wklejam je jako jego część, bo nie wszyscy czytają komentarze]

"Jeśli dobrze pamiętam, to koncert odbył się w wigilię wyborów i miał nocną kontynuację pod Politechniką. Tam odbył się swoisty jam. Organizował to Komitet Obywatelski i występy poszczególnych kapel przedzielały spicze działaczy - Braun, Żak, jazzowy Stępień (wówczas też prezes oddziału PSJ Kielce).
W wyborach do Sejmu i Senatu wszyscy kandydaci Komitetu Obywatelskiego zdobyli mandaty poselskie: Juliusz Braun, Edward Rzepka, Michał Chałoński, Adam Mitura, Tadeusz Kowalczyk, Maria Stolzman, senatorskie Jerzy Stępień, Stanisław Żak.  Wynika z tego , że koncert się udał :) 

Na Placu zagrali wówczas :
Włodzimierz Kiniorski multi - kulti + Sarandis Juwanudis perka po grecku + Paweł " baby " Mąciwoda Jastrzębski - basiwoda
Ocean w składzie Janusz "Johny" Sztandera gitara - voc , Grzegorz " MacGregor" Majcher bass , Jacek " Mociek " Moćko gitara , Maciek Bardzki perkusja
Dekret w składzie Jarek Pisarski gitar , Marek Gawęcki bass , Artur Kobus perkusja , Piotr Stanek głos

oraz Kamery - dwóch cichociemnych z okien organu czyli Słowa Ludu.

A cały koncert otwierała gwiazda kieleckiej sceny metalowej - ARGER, chyba tak naprawdę jedyny w pełnym tego słowa znaczeniu metalowy zespół w Kielcach.  Ani przedtem , ani potem ... W diabelskiej kamandzie grali :
Robert Maciejewski - śpiew
Jacek Kleszczowski - gitara
Alek Kwinta - gitara
Marek Gawęcki - gitara basowa
Dariusz Zegadło - perkusja"

EDIT: jako dosyć nieoczekiwany bonus wpadły zdjęcia zespołu OCEAN i Sarandisa, które przy tej okazji koniecznie trzeba wrzucić:

 

Jako smakowity dodatek podrzucam dwa przepyszne  muzyczne kąski: 2 kawałki z koncertu TZN XENNY, który odbył się w Kielcach w lutym 1987. Pamiętam z tego koncertu Zygzaka, nabijającego się właśnie z DEKRETu, który grał przed nimi, próbując rozgryźć ich nazwę: "Dekret?" "The Cret?" "Kret!". Z nagrań zresztą nieco słychać konwersacyjny klimat zdarzenia. Tak więc oto niesamowity landrynek [ach, no właśnie - poczęstował mnie nim Adam z WKG!], prosze usiąść i zasmakować [i wybaczyć mi nieznajomość tytułów kawałków]:

TZN XENNA nr 1

TZN XENNA nr 2

23:01, a_maciek
Link Komentarze (21) »
wtorek, 03 maja 2011

Chyba najlepszą zajawką tej książki jest to co autorka zaznaczyła w jej wstępie: jedną z przyczyn, dla których ją napisała było poszukiwanie powodów nieobecności  „zjawisk wyjątkowych” w kieleckiej kulturze. Bo i ich nie było, możemy się zżymać, kręcić nosem, zgrzytać zębem, ale prowincjonalizm naszego miasta jest wpisany w jego historię i nawet Mity Wielkie w stylu Legionów Piłsudskiego nic tu nie zmienią. Ale do rzeczy, czyli o książce, która jest przede wszystkim bardzo dobrze i ciekawie napisana, jak dla mnie to złożony i bogaty zbiór wiedzy o tej dziedzinie z życia miasta, zawiera bowiem  historie dotyczące działalności teatralnej, literackiej i wydawniczej, muzycznej, kinowej, a także ważne wątki o stosunku władz miejskich i samej społeczności kieleckiej do tych inicjatyw.

Mimo iż książka opisuje lata 1918-39, to pojawia się trochę historii wcześniejszych, jak np. o niechęci kieleckich mieszczan do utrzymywania szkoły elementarnej  po wejściu w życie przepisu z 1817 roku. Gdy nie udało im się uniknąć tego obowiązku, próbowali rozłożyć koszta utrzymania szkoły na okoliczne wioski, ale to też im się nie udało. Z kolei początki teatru to gościnne występy trup dramatycznych od początku XIX wieku, a ich przedstawienia odbywały się w siedzibie wójtostwa, domu zajazdowym Lardellego i Hotelu Europejskim. Po zbudowaniu teatru w 1878 roku wciąż był on tylko miejscem dla występów zespołów z innych miast, choć repertuar był i bogaty, i na dosyć wysokim poziomie. Miasto ogólnie jednak było twardą konserwą, czego doświadczył S. Żeromski w 1896 roku, gdy przyjechał do Kielc na kilka tygodni, próbując założyć gazetę codzienną, lub zreformować „Gazetę Kielecką”, by podnieść jej poziom kulturalny, ale nie udało mu się ani jedno, ani drugie. Zresztą kilka innych prób wydawania gazety o większych ambicjach niż „GK” się nie powiodło, pisma te nie ukazywały się dłużej niż 2 lata, skutecznie podcinane przez konserwatywne środowisko skupione wokół redakcji tego dziennika.

W latach 20-tych miasto borykające się z problemami finansowymi nie umiało znaleźć pieniędzy na dotacje dla inicjatyw kulturalnych [jak teatr czy biblioteki], rezerwując w swoim budżecie zaledwie 0,1% na takie wydatki. Pod koniec lat 20-tych zwiększono tą część budżetu do 0,36%, z czego najwięcej szło na subwencję dla salezjanów [kursy rzemieślnicze], reszta np. dla Muzeum Krajoznawczego czy remonty klasztoru na Karczówce i kościoła Mariackiego w Krakowie. Potem wraz z kryzysem w latach 30-tych kwota na kulturę w budżecie zmalała nawet do 0,06%, co praktycznie było dotacją tylko dla Muzeum Krajoznawczego. W 1922 roku Rada Miejska uchwaliła „Statut o podatku od widowisk, koncertów i zabaw publicznych w Kielcach”, zatwierdzony przez MSW i zmodyfikowany w 1932 roku, ale ta modyfikacja pozwalała opodatkować niemal każde zdarzenie publiczne, aż do „deklamacji i recytacji”. Potem wprowadzono jeszcze dodatkowe przymusowe świadczenia na PCK i bezrobotnych i były one nieodwołalne, bowiem od zwyczajowego podatku można było uzyskać zwolnienie lub zniżkę, jeżeli zostało zaakceptowane przez urzędników miejskich, co zazwyczaj zdarzało się dla występów amatorskich lub charytatywnych. Miasto nie miało litości natomiast dla kinematografów, które były obłożone przez pewien czas nawet 60% podatkiem, potem go zryczałtowano, a następnie ujednolicono w całym kraju uzależniając od poziomu filmu [by „chronić widzów przed zalewem zagranicznej tandety”]. Jednak w tamtym czasie mimo tego fiskalnego ciśnienia działały nawet 4 kina, a dla porównania dzisiaj - 2 i pół [WDK jako ta ½].

Problem braku dotacji był dotkliwy szczególnie dla bibliotek, co odczuło np. kieleckie Towarzystwo Biblioteki Publicznej, utrzymujące się wyłącznie ze składek członków i opłat abonentów. Jednak nie posiadając własnego lokalu udało się jej funkcjonować na w miarę znośnym poziomie, gromadząc w 1935 roku prawie 25 tys. tomów, choć była raczej wypożyczalnią książek dla emerytów i młodzieży [przy czym prawie 70% czytelników to były kobiety], choć także mobilną – posiadała bowiem sieć ruchomych kompletów książek na terenie i Kielc, i województwa. Oprócz TBP istniało jeszcze osiem innych bibliotek będących własnością stowarzyszeń czy organizacji [w tym policyjna czy żydowska].

Dosyć widocznym zjawiskiem była cenzura wydawnictw kieleckich, najbardziej dostrzegalna po zamachu majowym w 1926 roku. Szczególnym jej celem było pismo „Ojczyzna” wydawane przez Stronnictwo Narodowe [wcześniej Związek Ludowo-Narodowy, na naszym terenie popierane i dofinansowywane przez kurię biskupa Łosińskiego, nieprzychylnego Piłsudskiemu], zamknięte ostatecznie w 1931 roku. Antysemicka, antykomunistyczna i po przewrocie majowym antyrządowa ukazywała się często z białymi plamami zamiast artykułów, bądź wręcz jej nakład był aresztowany. Ponowny wzrost ingerencji cenzury można było zauważyć po 1935 roku, kiedy cenzurowano gazety bez względu na ich opcje polityczną – „Kielcer Cajtung”, „Ilustrowany Express Codzienny”, „Zew Proletariatu” czy „Express Codzienny 5 gr”, a przyczyną był druk informacji uznanych za „nie odpowiadających rzeczywistemu stanowi rzeczy i mogących wywołać niepokój publiczny”, co skutkowało konfiskatą wydania gazety; zazwyczaj chodziło o lokalne informacje, jednak „Express Codzienny” zajęto za artykuł o Berezie Kartuskiej. Z kolei władze dotowały niektóre gazety w sposób nieoficjalny, wykupując w nich ogłoszenia urzędowe – co zrozumiałe opozycyjne tytuły takich zleceń nie dostawały.

Działalność katolickich środowisk w zakresie kultury była raczej znikoma, a działająca od lat 30-tych Akcja Katolicka oprócz sporadycznych odczytów czy projekcji okazywała marginalną aktywność w tym temacie, mimo szerokiego, zdawałoby się, poparcia i wysokich nakładów pism religijnych i parafialnych. Jedną z zapamiętanych przeze mnie historii było zaangażowanie się AK w protest „w sprawie nieprzyzwoitych wystąpień Polskiego Radia  (bezwstydne piosenki obrażające moralność publiczną, przedrzeźnianie Pisma Świętego w reklamie loterii państwowej, wtrącanie „Jezus Maria” do nieprzyzwoitej śpiewki)”.

Ciekawą historię tworzyły Uniwersytety Robotnicze – nawet wspomniana Akcja Katolicka próbowała zawiązać Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy. Przez rok zaledwie istniał Uniwersytet Robotniczy im A. Skwarczyńskiego , utworzony w 1934 roku przez działaczy BBWR, mający propagować „ideologię Nowej Polski zrodzonej z czynu legionowego”. Rada Okręgowa Związku Związków Zawodowych na chwilę zaledwie zainicjowała Robotniczy Instytut Oświaty i Kultury im. S. Żeromskiego, mający stanowić konkurencję dla TUR tworzonego przez PPS.  Ten ostatni natomiast był i ciekawym, i pełnym aktywności kawałkiem historii naszego miasta. Towarzystwo Uniwersytetów Robotniczych powstało w Kielcach w 1924 roku, a sekcja sceniczna lokalnego oddziału cyklicznie, co roku, na 1 maja  wystawiała politycznie zaangażowany spektakl [„Czerwony Wiedeń” czy „Śmierć Okrzei” – swoją drogą intrygujące tytuły], wystawiając też spektakle przy innych okazjach, a zyski z przedstawień przeznaczając na oświatę robotniczą. W naszym mieście były też sekcje TUR: polityczna, śpiewacza, orkiestra dęta, orkiestra smyczkowa. Chór i orkiestra obecne były oczywiście przy uroczystościach i akademiach, odbywało się też sporo odczytów. Niemal zerową aktywność oświatowo-kulturalną wykazywały stowarzyszenia „Sokół” i „Strzelec”, tym bardziej, że ten drugi dysponował swoim lokalem, w którym nic się nie działo.

Kielecka społeczność żydowska, mimo tego, że dość liczna i z niemałą ilością organizacji, które statutowo miały zajmować się działalnością kulturalną, to niewiele w tym kierunku poczyniła. Największe efekty można przypisać stowarzyszeniu „Tarbut”, które choćby zorganizowało bibliotekę z 7000 tomów w różnych językach; zajmowali się też odczytami, przedstawieniami amatorskimi i kursami języka hebrajskiego.

Podejście kielczan do twórczości artystycznej próbowało zmienić Towarzystwo Miłośników Sztuki, oficjalnie zawiązane w 1923 roku, ale pierwsze próby edukacji artystycznej podejmowali już w 1920 roku. Przez kilkanaście lat usiłowali krzewić kulturę w dziedzinie śpiewu, teatru amatorskiego, muzyki i malarstwa, osiągając w pewnym okresie nawet liczbę 200 członków, choć trudno mówić też o ich aktywności, gdy organizowane przez nich spektakle czy wystawy oglądane były przez garstkę widzów. Ale za to trzeba przyznać, że ogólnie życie teatralne w Kielcach było dosyć urozmaicone, bo nawet nie ogarnąłem z tej książki ile tak naprawdę było działających zespołów teatralnych w ciągu tego dwudziestolecia. Od 1918 do 1922 w samym budynku kieleckiego teatru przewinęło się 7 zespołów i tyluż dyrektorów. Od 1922 roku kierownikiem zespołu teatralnego został ambitny Dante Baranowski, który próbował urozmaicić program teatru, przemycając od czasu do czasu ambitniejsze spektakle, ściągając specjalnie aktorów z dużych ośrodków teatralnych. Ta aktywność nie przekładała się jednak podobno na gust kieleckiej publiczności  - „tak przywykła do kina, kart i próżniactwa, że chętnie jeszcze oglądała wodewile, komedii już nie”, i choć dzięki swojemu uporowi Baranowski pozyskał dotację od Rady Miejskiej, przekonując ją np. zniżkowymi przedstawieniami dla młodzieży, to przetrwał tylko 2 sezony. Potem, aż do 1939 roku, było podobnie – ciągle zmieniające się zespoły i ich kierownicy, czasem rywalizacja dwóch scen teatralnych istniejących równolegle [co przy problemach finansowych teatru było dosyć zaskakujące], niezbyt ambitny dobór repertuaru, migracje aktorów, kłopoty finansowe przy niewielkiej i nieregularnej pomocy miasta. Zaskakiwało jednak coś innego – każdy z tych zespołów w sezonie wystawiał nawet kilkanaście sztuk! Oprócz zawodowych zespołów odbywały się przedstawienia szkolnych zespołów, anemicznie, ale stale funkcjonowały teatry „Strzelca” i „Sokoła”, no i wspomniane koło dramatyczne TUR. Wielokrotnie też kielecka publiczność mogła oglądać gościnne występy grup teatralnych z innych miast, czasem z naprawdę wartościowym repertuarem, choć zazwyczaj były to jednak sztuki „zatrącające o tandetę”. W 1930 roku wystawiano kontrowersyjną sztukę „Cjankali”, którą najpierw oprotestowano w „Gazecie Kieleckiej” [sztuka ta propaguje praktyki wysoce niemoralne, przez co jest niezmiernie szkodliwą dla Państwa i Rodziny, a przytem stanowi poważne niebezpieczeństwo dla naszej młodzieży przynęconej reklamą  i barwnemi afiszami], a potem już na sali teatralnej obrzucono aktorów jajkami z okrzykiem „precz ze sztuką bolszewicką!”. Tak czy inaczej teatr w Kielcach był nawet tętnił życiem, czego nie można powiedzieć o innych działkach kultury [oczywiście oprócz kinematografów].

Pewną perełką było czasopismo „Radostowa”, powstałe jako dwutygodnik w 1936 roku, którego redaktorem był Jan Pzadur,  mocno promujące regionalizm i publikujące materiały o kulturze na wysokim poziomie. Tematycznie były to historia miasta i regionu, folklor [w tym starania o zachowanie gwary ludowej] i obyczaje ludowe, turystyka i krajoznawstwo, kronika życia kulturalnego miasta czy promocja literatury, ale po 3 latach trudno opisać ich wpływ na kieleckie środowisko inteligencji czy kulturalne.

Autorka podsumowuje to kulturalne dwudziestolecie mniej więcej tak: jak na kilkudziesięciotysięczną siedzibę województwa „było cokolwiek zapóźnione”.

[Marta Pawlina-Meducka „Życie kulturalne Kielc 1918-1939”, KTN/PWN Warszawa – Kraków 1983]

21:25, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 marca 2011

 

Prawie się oblizałem, gdy zobaczyłem gdzieś notkę, że ukazała się książka Jakuba Porady „Chłopaki w sofiach”, bo choć nie łudziłem się zbytnio co do jej wartości literackiej, to cieszyłem się na zawartość sentymentalną i faktograficzną. Porada jest teraz [sądząc z notki na okładce] dziennikarzem TVN i TVN24, ale nie wiem, nie widziałem, nie oglądam…
Pamiętam go nawet dobrze, właśnie z pewnego odcinka tych czasów, które opisuje, bo choć nie znałem go osobiście, to był to taki okres dziejów, gdy nie używając portali społecznościowych wiedziało się o ludziach ze szkoły czy z okolic choć trochę. A spędzając czas na włóczeniu się po mieście, a nie na siedzeniu przed komputerem, widziało się na własne oczy to i owo. Poza tym wielokrotnie przewija się w książce postać Puzona, człowieka, który był jedną z pierwszych istotnych subkulturowych postaci ówczesnych Kielc w mojej percepcji. Książka jest o tej szkole, o tych nauczycielach, o tych miejscach, o tych wspomnieniach konsumpcyjnych i sytuacyjnych i po prostu o tych czasach, które tkwią i w mojej pamięci, a są wciąż niedopisane i na szczęście przyznaję, że z tym przywołaniem z otchłani zapomnienia poradził sobie doskonale.
Autor powołuje się na Grzesiuka na okładce i tworzy opowieść zbliżoną do pomysłu, który uczynił „Boso, ale w ostrogach” świetną literaturą, ale nie stara się chyba dorównać tej epickiej wielkości, tylko opowiedzieć o tych niesamowitych, z dzisiejszej perspektywy, czasach późnego PRLu w młodzieżowym i osiedlowym spojrzeniu. Dla wielu pewnie już niezrozumiałych, co zresztą przewija się w wielu recenzjach. Jest tu też na szczęście wiele przesmacznych kieleckich opowiastek muzycznych – o ówczesnych fascynacjach, inspiracjach i ponurej rzeczywistości, która tylko najbardziej upartym, lub największym lizodupom pozwalała tworzyć muzykę. I chyba nic pośredniego nie było w tej pustyni domów kultury. Kuba Porada wraz z Puzonem [dzisiaj znanym jako Dege] należeli do tych „niezłomnych”, którzy walczyli o prawo do własnych dźwięków i o tym są te banalne z pozoru opowieści z historii PARAGRAFU X. Jest też kilka innych ciekawych i ważnych wątków, bo pojawiają się też wspominki, lub kilka dłuższych zdań o innych muzycznych kieleckich zjawiskach: DOM MODY i Witek Gąska; Soszka i Dziadek [lub Socha i Dziadzia w wersji mi znanej] zaczynający w kapeli SĄ GORSI, która później wyewoluowała w JAKIM PRAWEM; DEKRET jeszcze z Żarówą na wokalu i ich bezkompromisowy wizerunek; KRAMER z bluesem, który nie pasował do Kielc.
Sam język opowieści jest barwny, bo autor sypie powiedzonkami, przypowieściami, anegdotami i lawiruje opowiadając wiele historyjek skierowanych jak alejki na KSM w różnych kierunkach, więc czyta się po prostu dobrze i co najważniejsze, ta proza sprawia naturalne wrażenie, bez napinki i udawania, a ja wiem, że jest prawdziwa na tyle, na ile pamięć pozwala. Książka jest przesmaczna dla kielczan z okolic KSM, a ogółem po prostu dobra.

Prawie się oblizałem, gdy zobaczyłem gdzieś notkę, że ukazała się książka Jakuba Porady „Chłopaki w sofiach”, bo choć nie łudziłem się zbytnio co do jej wartości literackiej, to cieszyłem się na zawartość sentymentalną i faktograficzną. Porada jest teraz [sądząc z notki na okładce] dziennikarzem TVN i TVN24, ale nie wiem, nie widziałem, nie oglądam…

Pamiętam go nawet dobrze, właśnie z pewnego odcinka tych czasów, które opisuje, bo choć nie znałem go osobiście, to był to taki okres dziejów, gdy nie używając portali społecznościowych wiedziało się o ludziach ze szkoły czy z okolic choć trochę. A spędzając czas na włóczeniu się po mieście, a nie na siedzeniu przed komputerem, widziało się na własne oczy to i owo. Poza tym wielokrotnie przewija się w książce postać Puzona, człowieka, który był jedną z pierwszych istotnych subkulturowych postaci ówczesnych Kielc w mojej percepcji. Książka jest o tej szkole, o tych nauczycielach, o tych miejscach, o tych wspomnieniach konsumpcyjnych i sytuacyjnych i po prostu o tych czasach, które tkwią i w mojej pamięci, a są wciąż niedopisane i na szczęście przyznaję, że z tym przywołaniem z otchłani zapomnienia poradził sobie doskonale.

Autor powołuje się na Grzesiuka na okładce i tworzy opowieść zbliżoną do pomysłu, który uczynił „Boso, ale w ostrogach” świetną literaturą, ale nie stara się chyba dorównać tej epickiej wielkości, tylko opowiedzieć o tych niesamowitych, z dzisiejszej perspektywy, czasach późnego PRLu w młodzieżowym i osiedlowym spojrzeniu. Dla wielu pewnie już niezrozumiałych, co zresztą przewija się w wielu recenzjach. Jest tu też na szczęście wiele przesmacznych kieleckich opowiastek muzycznych – o ówczesnych fascynacjach, inspiracjach i ponurej rzeczywistości, która tylko najbardziej upartym, lub największym lizodupom pozwalała tworzyć muzykę. I chyba nic pośredniego nie było w tej pustyni domów kultury. Kuba Porada wraz z Puzonem [dzisiaj znanym jako Dege] należeli do tych „niezłomnych”, którzy walczyli o prawo do własnych dźwięków i o tym są te banalne z pozoru opowieści z historii PARAGRAFU X. Jest też kilka innych ciekawych i ważnych wątków, bo pojawiają się też wspominki, lub kilka dłuższych zdań o innych muzycznych kieleckich zjawiskach: DOM MODY i Witek Gąska; Soszka i Dziadek [lub Socha i Dziadzia w wersji mi znanej] zaczynający w kapeli SĄ GORSI, która później wyewoluowała w JAKIM PRAWEM; DEKRET jeszcze z Żarówą na wokalu i ich bezkompromisowy wizerunek; KRAMER z bluesem, który nie pasował do Kielc.

Sam język opowieści jest barwny, bo autor sypie powiedzonkami, przypowieściami, anegdotami i lawiruje opowiadając wiele historyjek skierowanych jak alejki na KSM w różnych kierunkach, więc czyta się po prostu dobrze i co najważniejsze, ta proza sprawia naturalne wrażenie, bez napinki i udawania, a ja wiem, że jest prawdziwa na tyle, na ile pamięć pozwala. Książka jest przesmaczna dla kielczan z okolic KSM, a ogółem po prostu dobra.

EDIT: na okładce zdaje się, że jest znaczny błąd - wg. moich informacji autor jest z rocznika 1969, a nie jak opublikowali z 1963 roku.

 

22:31, a_maciek
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 lutego 2011

 

Dawno, dawno temu, być może po tym, gdy uświadomiłem sobie, że Toporowski oprócz ulicy o swoim imieniu, ma także tablicę na liceum im. Śniadeckiego, chciałem doczytać o tym lokalnym bohaterze cokolwiek, by wiedzieć, co mu zawdzięczamy, ale… No właśnie, ciężko coś wygooglować o nim, a doczytać w książkach też słabo, bo niby gdzie? Nawet trzytomowa cegła „Historia polskiego ruchu robotniczego” w tomie 1918-1939 milczy o naszym kieleckim bohaterze. Jest kilka zdań o Toporowskim u Jerzmanowskiego w książce „W starych Kielcach” [np. o jego zniesmaczeniu, gdy po zamachu na ministra spraw wewnętrznych Pierackiego w 1934 roku został aresztowany i umieszczony w komisariacie razem z przedstawicielami prawicowej opozycji], ale poza tym nawet u Naumiuka w jego ciekawych w sumie książkach o kieleckiej lewicy przedwojennej jakoś mi się nie objawił. Skoro był takim bohaterem, to czemu tak słabo opisanym? Jak to się stało, że w 1956 roku uchwałą Rady Miejskiej Kielc z 1956 roku przejął ulicę po marszałku [nie wiem którym - wcześniej ulica nazywała się Marszałkowska], a nie można niemal nic o nim znaleźć? Komu i kiedy podpadł? Był w końcu tym „złym” [antysowieckim] czy „dobrym” komunistą?
Koniec końców w moje ręce dosyć niespodziewanie wpadła książka Władysława Rogali „Ich walka. Sylwetki rewolucjonistów kieleckich” i ostatni jej rozdział poświęcony jest właśnie Toporowskiemu. Oprócz niego opisane są jeszcze żywoty Kazimierza Czyża, Władysława Jaworskiego, Stanisława Lachtara, Józefa Mitala, Antoniego Ratusińskiego i Bronisława Spychaja i jest to dosłownie nowożytna hagiografia, budowanie mitu z niczego, udowadnianie ówczesnym dołom partyjnym, że czerwony system nie został przywieziony ze wschodu, tylko był budowany przez prostych rewolucjonistów z krwi i kości. Niestety średnio to wyszło, to jedna z najgorszych książek, jakie czytałem, zmęczyłem ją w prawdziwych boleściach. Nic z niej nie wynika, pominięta jest całkowicie lewica niekomunistyczna, a bohaterowie z tej książki to jakieś marginalne postacie, lub raczej postacie z marginalnego ugrupowania. A wracając do Toporowskiego, to jego hagiografa rozpoczyna się tak:
„Mały Staś nie był dzieckiem proletariackim, nie wiedział co to jest drżeć z zimna i głodu”. Wzruszające, prawda? „Rodzice, postępowi inteligenci, od wczesnej młodości dbali o to, by syn wzrastał w odpowiedniej atmosferze kulturalnej…” Nie, dość cytatów, bolą oczy od tego. Urodził się w 1903 roku w Pińczowie, z rodzicami niedługo potem przeniósł się do Kielc. Tu uczęszczał do gimnazjum, którego kontynuatorem jest dziś liceum im. Śniadeckiego [stąd ta tablica przy wejściu], w którym współtworzył kółko samokształceniowe „Dążę do wiedzy”. W 1921 roku zaplątał się w organizację o nazwie Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej – Lewica i stanął na jej czele. Ze względu na swój antyklerykalizm [„światopogląd materialistyczny”] podpadli „kurii, proboszczom oraz całej rzeszy dewotów z bractw różańcowych”, którzy wymusili na władzach wojewódzkich rozwiązanie tej organizacji [krok do świętości nr.1]. Przeniósł się do Krakowa, gdzie studiował na UJ, potem przeniósł się do Warszawy na inne studia, z powodu szykan na krakowskiej uczelni [krok do świętości nr.2]. W stolicy jednak też długo nie zagrzał miejsca, bo ze względu na prowadzoną działalność [niestety, autor nie pisze nic o jej szczegółach] zaczął mieć problemy z policją [krok do świętości nr.3] i przeniósł się na inne studia, tym razem do Poznania, by przerwać je po roku.  Około 1929 roku powrócił do Kielc, gdzie próbuje znaleźć pracę w urzędzie, ale opinia wywrotowca idzie za nim i pracy nie dostaje, a niedługo potem zostaje aresztowany wraz z innymi komunistami. W 1930 roku odbyła się rozprawa, skazująca go na 4 lata więzienia [krok do świętości nr.4]. W 1934 roku wychodzi z więzienia i zaczyna ostro działać – tak przynajmmniej można sądzić z treści odezw, które są kolportowane wśród robotników i chłopów.  Dla zainteresowanych, masochistów lub fetyszystów jedna z nich TUTAJ. W 1936 roku zostaje powołany na sekretarza Komitetu Okręgowego Komunistycznej Partii Polski w Kielcach [krok do świętości nr.5]. W 1936 roku decyduje się na wyjazd do Hiszpanii, co nie okazało się wcale takie łatwe: poszedł na piechotę do granicy z Czechosłowacją, ale go złapali i odstawili do Kielc. Ponownie wyruszył pieszo i dotarł do granicy czechosłowacko-austriackiej, ale ponownie go złapali, aresztowali  i odstawili do Polski. Nie poddawał się jednak i za trzecim razem, po kilkunastu dniach pieszej wędrówki dotarł do Wiednia [pielgrzymki - krok do świętości nr.6], skąd dotarł już do Paryża, a stamtąd do Hiszpanii. Tam pełnił funkcję komisarza politycznego w batalionie  im. Adama Mickiewicza [Wikipedia, jak widać, go nie uwzględnia, TUTAJ też go nie ma] w międzynarodowej Brygadzie im. Jarosława Dąbrowskiego. W bitwie pod Estramadurą zostaje ranny w nogę [krok do świętości nr.7] i ląduje w szpitalu polowym w Barcelonie, potem wyjeżdża do Francji. Po wybuchu wojny włącza się w ruch oporu, a w 1942 roku zostaje złapany przez gestapo z legitymacją partyzancką FFI i zabity. Zostaje świętym komunistycznym. Amen.

Dawno, dawno temu, być może po tym, gdy uświadomiłem sobie, że Toporowski o ksywie "Włodek" oprócz ulicy o swoim imieniu, ma także tablicę na liceum im. Śniadeckiego, chciałem doczytać o tym lokalnym bohaterze cokolwiek, by wiedzieć, co mu zawdzięczamy, ale… No właśnie, ciężko coś wygooglować o nim, a doczytać w książkach też słabo, bo niby gdzie? Nawet trzytomowa cegła „Historia polskiego ruchu robotniczego” w tomie 1918-1939 milczy o naszym kieleckim bohaterze. Jest kilka zdań o Toporowskim u Jerzmanowskiego w książce „W starych Kielcach” [np. o jego zniesmaczeniu, gdy po zamachu na ministra spraw wewnętrznych Pierackiego w 1934 roku został aresztowany i umieszczony w komisariacie razem z przedstawicielami prawicowej opozycji], ale poza tym nawet u Naumiuka w jego ciekawych w sumie książkach o kieleckiej lewicy przedwojennej jakoś mi się nie objawił. Skoro był takim bohaterem, to czemu tak słabo opisanym? Jak to się stało, że w 1956 roku uchwałą Rady Miejskiej Kielc przejął ulicę po marszałku [nie wiem którym - wcześniej ulica nazywała się Marszałkowska], a nie można niemal nic o nim znaleźć? Komu i kiedy podpadł? Był w końcu tym „złym” [antysowieckim] czy „dobrym” komunistą?

Koniec końców w moje ręce dosyć niespodziewanie wpadła książka Władysława Rogali „Ich walka. Sylwetki rewolucjonistów kieleckich” i ostatni jej rozdział poświęcony jest właśnie Toporowskiemu. Oprócz niego opisane są jeszcze żywoty Kazimierza Czyża, Władysława Jaworskiego, Stanisława Lachtara, Józefa Mitala, Antoniego Ratusińskiego i Bronisława Spychaja i jest to dosłownie nowożytna hagiografia, budowanie mitu z niczego, udowadnianie ówczesnym dołom partyjnym, że czerwony system nie został przywieziony ze wschodu, tylko był budowany przez prostych rewolucjonistów z krwi i kości. Niestety średnio to wyszło, to jedna z najgorszych książek, jakie czytałem, zmęczyłem ją w prawdziwych boleściach. Nic z niej nie wynika, pominięta jest całkowicie lewica niekomunistyczna, a bohaterowie z tej książki to jakieś marginalne postacie, lub raczej postacie z marginalnego ugrupowania. A wracając do Toporowskiego, to jego hagiografa rozpoczyna się tak:

Mały Staś nie był dzieckiem proletariackim, nie wiedział co to jest drżeć z zimna i głodu”. Wzruszające, prawda? „Rodzice, postępowi inteligenci, od wczesnej młodości dbali o to, by syn wzrastał w odpowiedniej atmosferze kulturalnej…” Nie, dość cytatów, bolą oczy od tego. Urodził się w 1903 roku w Pińczowie, z rodzicami niedługo potem przeniósł się do Kielc. Tu uczęszczał do gimnazjum, którego kontynuatorem jest dziś liceum im. Śniadeckiego [stąd ta tablica przy wejściu], w którym współtworzył kółko samokształceniowe „Dążę do wiedzy”. W 1921 roku zaplątał się w organizację o nazwie Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej – Lewica i stanął na jej czele. Ze względu na swój antyklerykalizm [„światopogląd materialistyczny”] podpadli „kurii, proboszczom oraz całej rzeszy dewotów z bractw różańcowych”, którzy wymusili na władzach wojewódzkich rozwiązanie tej organizacji [krok do świętości nr.1]. Przeniósł się do Krakowa, gdzie studiował na UJ, potem przeniósł się do Warszawy na inne studia, z powodu szykan na krakowskiej uczelni [krok do świętości nr.2]. W stolicy jednak też długo nie zagrzał miejsca, bo ze względu na prowadzoną działalność [niestety, autor nie pisze nic o jej szczegółach] zaczął mieć problemy z policją [krok do świętości nr.3] i przeniósł się na inne studia, tym razem do Poznania, by przerwać je po roku.  Około 1929 roku powrócił do Kielc, gdzie próbuje znaleźć pracę w urzędzie, ale opinia wywrotowca idzie za nim i pracy nie dostaje, a niedługo potem zostaje aresztowany wraz z innymi komunistami. W 1930 roku odbyła się rozprawa, skazująca go na 4 lata więzienia [krok do świętości nr.4]. W 1934 roku wychodzi z więzienia i zaczyna ostro działać – tak przynajmmniej można sądzić z treści odezw, które są kolportowane wśród robotników i chłopów.  Dla zainteresowanych, masochistów lub fetyszystów jedna z nich TUTAJ. W 1936 roku zostaje powołany na sekretarza Komitetu Okręgowego Komunistycznej Partii Polski w Kielcach [krok do świętości nr.5]. W 1936 roku decyduje się na wyjazd do Hiszpanii, co nie okazało się wcale takie łatwe: poszedł na piechotę do granicy z Czechosłowacją, ale go złapali i odstawili do Kielc. Ponownie wyruszył pieszo i dotarł do granicy czechosłowacko-austriackiej, ale ponownie go złapali, aresztowali  i odstawili do Polski. Nie poddawał się jednak i za trzecim razem, po kilkunastu dniach pieszej wędrówki dotarł do Wiednia [pielgrzymki - krok do świętości nr.6], skąd dotarł już do Paryża, a stamtąd do Hiszpanii. Tam pełnił funkcję komisarza politycznego w batalionie  im. Adama Mickiewicza [Wikipedia, jak widać, go nie uwzględnia, TUTAJ też go nie ma] w międzynarodowej Brygadzie im. Jarosława Dąbrowskiego. W bitwie pod Estramadurą zostaje ranny w nogę [krok do świętości nr.7] i ląduje w szpitalu polowym w Barcelonie, potem wyjeżdża do Francji. Po wybuchu wojny włącza się w ruch oporu, a w 1942 roku zostaje złapany przez gestapo z legitymacją partyzancką FFI i zabity. Zostaje świętym komunistycznym. Amen.

 

23:00, a_maciek
Link Komentarze (10) »
piątek, 21 stycznia 2011

 

O przypadkach City Skyline :
----
Jechaliśmy do Jarocina w 1988  jako dwa zespoły z Kielc tj. Dekret i City Skyline.
Obydwa zakwalifikowane.
W zgłoszeniu Dzedzej użył jakiś dziwacznych szybko wymyślonych pseudonimów dla grajków, aby nie kojarzono zbytnio obydwu kapel. Miał nosa.
City Skyline do konkursu na Małą Scenę , Dekret na traktor. ( Panki nie pagibnut ! )
Zagraliśmy każdy swoje, City na małej scenie nawet przyzwoicie.
Jakieś  dziewczynki i chłopaczki się pokiwali , słoneczko ,sielanka , nastrój , wyciągnięty sweter , 100 % normy.
I muzyka się spodobała warsiawiakom :)
Na tyle że,  radio festiwalowe przeprowadziło z zespołem wywiad , i popuszczało trochę muzyki czeriez radiopriomnik.
Wywiad w  polowej redakcji.
A ponieważ było tam ciasnawo, to wykopano na spicz tylko moją skromną osobę.
Udzielałem wywiadu dla Rozgłośni Harcerskiej ( Radio Nieprzemakalnych ?)  jako City Skyline i dokładnie w tym czasie ogłoszono wyniki głosowania publiczności.
Jak wiesz , albo i nie , mieli stanowisko na lewo od wejścia na stadion, i nadawałi on-line .
W trakcie rozmowy i ochami i achami nad City Skyline do kabiny wdarł się Stona - załatwiacz zespołowy Dekretu i rozdarł ryja , że Dekret , i wogóle , super , sława kariera pieniądze samochody dziewczyny wódka i to samo od nowa dwa razy proszę ..
Ja wywołałem konsternację drąc kopiarę wniebogłosy i wyrażając zadowolenie gębą i ciałem całym z elementami tańca erotycznego.
No całym to chyba przesada, bo jeśli się nie mylę to kontrolowałem jeszcze wtedy zwieracz i nie zawarczałem odbytem z radości.
Dziennikarka, chyba Bożena Sitek a może ktoś inny ( napisałem że ona, bo to zawsze była Sitek albo Sito ), nic nie rozumiejąc próbowała ratować sytuację. Wyjaśniło się , że to też " nasza kamanda" i raczej była zdziwiona. City bardziej pasowało do ugłaskanych Harcerzy i jej stajni muzyczno - melodycznej .
Dekret bee , nie umieją grać ani śpiewać, była bliska prawdy.
---
W 1989 zagrali na festiwalu Rock Meeting w Rzeszowie, zostali laureatami  festiwalu , zdobyli II nagrodę. II nagroda to była druga nagroda, i już
( jak przystało na nagrodę,  nie miała żadnych atrybutów materialnych).
- Jedyną nagrodą ufundowaną przez Resovian, była możliwość skopania jakiegoś pijanego debila, który przez kilka godzin terroryzował i pacyfikował nabitą salę.
Tak była wówczas moda, że na koncertach zawsze jakiś półmózg chciał być gwiazdą.
Jego oczkiem w głowie było polowanie na pokulone małe dziewczynki, lub bogu ducha winnych wylęknionych punków  .Wszyscy umykali po kątach, a jemu co chwila udawało się kogoś kopnąć lub uderzyć.
Nieźle mu szło , do czasu.
Ponieważ już został  lokalną gwiazdą festiwalu , dużo ważniejszą od występujących muzyków, postanowił też odbyć wyprawę po ich garderobach. No kurwa przecież on tu rządzi ...
Pech chciał , że wtargnął do naszej z pianą na gębie, i oczywiście zrobił zamach na naszą piękną kobietę Beatę.
Jakie było jego zdziwienie, nie wiem , bo chyba nie zdążył się zdziwić.
Miał pecha.
Trafił w trzech piątych na zaprawionych w bojach załogantów.
Dość powiedzieć, że ochrona imprezy chciała nas zatrudnić na stałe etaty.
----
Sznurek z zębów tego lokalnego zwierza , nosimy do dzisiaj, jako amulety.
Warto było, fajny ten festiwal w Rzeszowie był :)) -
------
Nagrania z Izabelina to miała być demówką dla wydawnictw muzycznych.
Nagrana została przez  skład wymieniony, ale wówczas już  nie koncertowaliśmy , a próby odbywały się jedynie na potrzeby nagrania.
Projekt  jako spuścizna po City Skyline , miał nazywać się FIODOR.
I pod tą nazwą był kilkakrotnie puszczany w ogólnopolskim radio, między innymi w Trójce oraz Radio dla Ciebie , może też innych , nie pamiętam.
Nagrania zostały sfinansowane przez sympatyka zespołu, Andrzeja Kopczyńskiego , z którym zawarliśmy przyjacielską umowę.
Prywatne finansowanie nagrania to wówczas rzadkość , studio Izabelin uchodziło za dobre i drogie.
Lepsze było chyba tylko studio S1 w Polskim Radio.
Nie zażarło tak, jak planowaliśmy.
Straciliśmy animusz do dalszej walki z nieznanym wrogiem, trochę się pożarliśmy, pozbieraliśmy zabawki i koniec.
Byliśmy chyba już wszyscy sobą zmęczeni, graliśmy równolegle w dwóch kapelach przez kilka lat.
Dosyć - wystarczy...

W uzupełnieniu do poprzedniego wpisu Broda obdarował mnie plikiem zdjęć i garstką opowieści o City Skyline.  A wygląda to tak:

 

O przypadkach City Skyline:

Jechaliśmy do Jarocina w 1988  jako dwa zespoły z Kielc tj. Dekret i City Skyline. Obydwa zakwalifikowane. W zgłoszeniu Dzedzej użył jakiś dziwacznych szybko wymyślonych pseudonimów dla grajków, aby nie kojarzono zbytnio obydwu kapel. Miał nosa. City Skyline do konkursu na Małą Scenę, Dekret na traktor. (Panki nie pagibnut!) Zagraliśmy każdy swoje, City na małej scenie nawet przyzwoicie. Jakieś  dziewczynki i chłopaczki się pokiwali, słoneczko, sielanka, nastrój, wyciągnięty sweter, 100 % normy. I muzyka się spodobała warsiawiakom :) Na tyle że, radio festiwalowe przeprowadziło z zespołem wywiad, i popuszczało trochę muzyki czeriez radiopriomnik. Wywiad w  polowej redakcji. A ponieważ było tam ciasnawo, to wykopano na spicz tylko moją skromną osobę. Udzielałem wywiadu dla Rozgłośni Harcerskiej  (Radio Nieprzemakalnych ?)  jako City Skyline i dokładnie w tym czasie ogłoszono wyniki głosowania publiczności. Jak wiesz, albo i nie, mieli stanowisko na lewo od wejścia na stadion, i nadawałi on-line. W trakcie rozmowy i ochami i achami nad City Skyline do kabiny wdarł się Stona - załatwiacz zespołowy Dekretu i rozdarł ryja, że Dekret, i wogóle, super, sława kariera pieniądze samochody dziewczyny wódka i to samo od nowa dwa razy proszę. Ja wywołałem konsternację drąc kopiarę wniebogłosy i wyrażając zadowolenie gębą i ciałem całym z elementami tańca erotycznego. No całym to chyba przesada, bo jeśli się nie mylę to kontrolowałem jeszcze wtedy zwieracz i nie zawarczałem odbytem z radości. Dziennikarka, chyba Bożena Sitek a może ktoś inny (napisałem że ona, bo to zawsze była Sitek albo Sito ), nic nie rozumiejąc próbowała ratować sytuację. Wyjaśniło się , że to też " nasza kamanda" i raczej była zdziwiona. City bardziej pasowało do ugłaskanych Harcerzy i jej stajni muzyczno - melodycznej. Dekret bee, nie umieją grać ani śpiewać, była bliska prawdy.


---------------------------------------------------------------------------

W 1989 zagrali na festiwalu Rock Meeting w Rzeszowie, zostali laureatami  festiwalu, zdobyli II nagrodę. II nagroda to była druga nagroda, i już (jak przystało na nagrodę,  nie miała żadnych atrybutów materialnych). Jedyną nagrodą ufundowaną przez Resovian, była możliwość skopania jakiegoś pijanego debila, który przez kilka godzin terroryzował i pacyfikował nabitą salę. Tak była wówczas moda, że na koncertach zawsze jakiś półmózg chciał być gwiazdą. Jego oczkiem w głowie było polowanie na pokulone małe dziewczynki, lub bogu ducha winnych wylęknionych punków  .Wszyscy umykali po kątach, a jemu co chwila udawało się kogoś kopnąć lub uderzyć. Nieźle mu szło, do czasu. Ponieważ już został  lokalną gwiazdą festiwalu , dużo ważniejszą od występujących muzyków, postanowił też odbyć wyprawę po ich garderobach. No kurwa przecież on tu rządzi... Pech chciał , że wtargnął do naszej z pianą na gębie, i oczywiście zrobił zamach na naszą piękną kobietę Beatę. Jakie było jego zdziwienie, nie wiem , bo chyba nie zdążył się zdziwić. Miał pecha. Trafił w trzech piątych na zaprawionych w bojach załogantów. Dość powiedzieć, że ochrona imprezy chciała nas zatrudnić na stałe etaty. Sznurek z zębów tego lokalnego zwierza, nosimy do dzisiaj, jako amulety. Warto było, fajny ten festiwal w Rzeszowie był :)) -

-------------------------------------------------------------------

Nagrania z Izabelina to miała być demówką dla wydawnictw muzycznych. Nagrana została przez  skład wymieniony, ale wówczas już  nie koncertowaliśmy , a próby odbywały się jedynie na potrzeby nagrania. Projekt  jako spuścizna po City Skyline , miał nazywać się FIODOR. I pod tą nazwą był kilkakrotnie puszczany w ogólnopolskim radio, między innymi w Trójce oraz Radio dla Ciebie, może też innych, nie pamiętam. Nagrania zostały sfinansowane przez sympatyka zespołu, Andrzeja Kopczyńskiego , z którym zawarliśmy przyjacielską umowę. Prywatne finansowanie nagrania to wówczas rzadkość , studio Izabelin uchodziło za dobre i drogie. Lepsze było chyba tylko studio S1 w Polskim Radio.

Nie zażarło tak, jak planowaliśmy. Straciliśmy animusz do dalszej walki z nieznanym wrogiem, trochę się pożarliśmy, pozbieraliśmy zabawki i koniec. Byliśmy chyba już wszyscy sobą zmęczeni, graliśmy równolegle w dwóch kapelach przez kilka lat.

Dosyć - wystarczy...

--------------------------------------------------------------------------

Przesyłam zdjęcia dla urozmaicenia, między innymi wydane przez Alexa Kwinta dla znajomych CD, oraz on sam i fanka zespołu z Japoni - Yukiko  :))

oraz zdjęcia 3/5 City Skyline

1. drugi od lewej Alex i obok Diabeł

2.śpiewak z kobietami i dwóch panów z winem prostym

3.wino proste w obrocie kołowym

 

 

 

23:12, a_maciek
Link Komentarze (7) »
czwartek, 13 stycznia 2011

 

Na nieocenionym blogu KASETA STILON GORZÓW C-60 pojawił się wpis o kieleckim zespole CITY SKYLINE istniejącym na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Kilku muzyków znanych z innych projektów [min. DEKRET], ciekawa muzyka, kilka zdjęć i krótka historia o trochę mało znanym epizodzie muzycznym z naszego miasta. To znowu niezły kawałek kieleckiej sceny muzycznej, choć muszę przyznać się bez bicia, że  wtedy gdy CITY SKYLINE istnieli raczej nie zostali tutaj docenieni. Mnie też w owym czasie niespecjalnie do nich ciągnęło, ale to niestety był też czas świetności DEKRETu, początków hardcore’a i z tą muzyką wtedy mnie nie kupili, bo wtedy miało być ostro i głośno.
Na dokładkę przypominam o wpisie z tegoż samego bloga, w którym oprócz nagrania DEKRETu z Jarocina 1990 jest kawałek intrygującej i niepokojącej prozy Artura Stanka, będąc ego w tamtych latach kimś w rodzaju menago tej kapeli.
A żeby temat dopełnić polecam gorąco wizytę na kanale You Tube’owym stworzonym przez Brodę, wokalistę DEKERETu [a przy okazji i CITY SKYLINE], gdzie można obejrzeć fototeledyski tej kapeli – a niektóre fotki są przepyszne, z różnych okresów działalności zespołu, także kilka z Węgier, co jest naprawdę ważnym śladem owych czasów, gdy fotografowaniem punków raczej zajmowała się milicja lub Służba Bezpieczeństwa.

Na nieocenionym blogu KASETA STILON GORZÓW C-60 pojawił się wpis o kieleckim zespole CITY SKYLINE istniejącym na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Kilku muzyków znanych z innych projektów [min. DEKRET], ciekawa muzyka, kilka zdjęć i krótka historia o trochę mało znanym epizodzie muzycznym z naszego miasta. To znowu niezły kawałek kieleckiej sceny muzycznej, choć muszę przyznać się bez bicia, że  wtedy gdy CITY SKYLINE istnieli raczej nie zostali tutaj docenieni. Mnie też w owym czasie niespecjalnie do nich ciągnęło, ale to niestety był też czas świetności DEKRETu, początków hardcore’a i z tą muzyką wtedy mnie nie kupili, bo wtedy miało być ostro i głośno. Zdaje się, że zostali opisani w drugiej edycji "Leksykonu muzycznego Kielecczyzny" ale nie posiadam. Dla tych, którzy nie mają czasu na ściąganie ich nagrań najłatwiejsze rozwiązanie czyli próbka z YouTube

 

 

Na dokładkę przypominam o wpisie z tegoż samego bloga, w którym oprócz nagrania DEKRETu z Jarocina 1990 jest kawałek intrygującej i niepokojącej prozy Artura Stanka, będąc ego w tamtych latach kimś w rodzaju menago tej kapeli.

A żeby temat dopełnić polecam gorąco wizytę na kanale You Tube’owym stworzonym przez Brodę, wokalistę DEKERETu [a przy okazji i CITY SKYLINE], gdzie można obejrzeć fototeledyski tej kapeli – a niektóre fotki są przepyszne, z różnych okresów działalności zespołu, także kilka z Węgier, co jest naprawdę ważnym śladem owych czasów, gdy fotografowaniem punków raczej zajmowała się milicja lub Służba Bezpieczeństwa.

EDIT: ponieważ nie byłoby tego pewnie gdzie dorzucić, to linkuję notkę o DEVIL FAKER. Grali w Kielcach, mieli basistę, który grał z Dekretem, a i Kajtek też im przybębnił, więc powiązania jakieś były tematyczne. Nie był to zły zespół, pogrywali w piwnicy pod "Bristolem", gdzie grał cały ówczesny kwiat młodzieży... Potem wturlali się do rynsztoka jako FLIPER... Dorobili się notki w "Leksykonie muzycznym kielecczyzny", ale nie chce mi się przytaczać. To tyle dla pamięci.

22:38, a_maciek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 grudnia 2010

 

DRUKARSTWO
Jako kolejną, lokalną, książkową ciekawostkę dorwałem „Almanach Drukarstwa Kielecczyzny” pod redakcją J. Butwiłły i Z. Nosala, wydany w 1969 roku. Dosyć ciekawy, branżowy zbiorek opowieści, faktów, dat i opisów ludzi związanych z tym fachem w czasie jego trwania w klasycznym okresie. W obecnej dobie cyfryzacji i rozwoju technik drukarskich pojęcia takie jak zecer czy litografia to już przeszłość, więc sięgnięcie do tej książkowej pozycji jest spojrzeniem też w historię techniki, ale poza tym poprzez przeideologizowanie w czasach jej wydania zmuszonym się jest niestety do trawienia tego obrazu przez pryzmat pionu ideologicznego PZPR.
Jak opisuje Z. Nosal w początkowej części książki, prawdopodobnie pierwszą drukarnią na kielecczyźnie była ta założona ok. 1557 roku, należąca do zbioru kalwińskiego w Pińczowie [mieli tam swoją szkołę]. Następna drukarnia założona w naszej okolicy na przełomie XVI i XVII wieku znajdowała się w Rakowie, w siedzibie Braci Polskich, arian aktywnie w tym miasteczku działających. Miała bardzo dobrą renomę w całej Europie, pisma, które były tam drukowane wywożono do różnych europejskich krajów. Natomiast w samych Kielcach pierwszą drukarnię założono dopiero w 1818 roku, po drodze zmieniali się jej właściciele i zakres prac, których podejmowano się w drukarni, by w 1870 zacząć w niej drukować pierwsze kieleckie pismo – „Gazetę Kielecką”. Gazeta była potem drukowana w różnych miejscach, bowiem w mieście istniało już kilka innych zakładów typograficznych. Podstawową działalnością tych zakładów był jednak nie druk książek czy gazet, a wydawnictw urzędowych: ksiąg i druków dla władz sądowych, skarbowych, akcyjnych, gminnych, szkolnych. Przytoczona w książce jest też sytuacja, gdy w 1903 roku Salomon Rzędowski starał się o otwarcie nowej drukarni i dostał nieprzychylną opinię od policmajstra (!), odnoszącą się np. do tego, że w mieście jest już wystarczająca ilość drukarni - mimo tego zakład udało mu się jednak otworzyć. W 1912 roku otworzono nową drukarnię [później przejętą przez J. Łęskiego], w której zaczęto drukować np. „Kurjer Kielecki”, po dwóch latach ukazywania się połączony z „Gazetą Kielecką”; drukowano też książki, broszury i najpoważniejszy w latach trzydziestych dwutygodnik kielecki „Radostowa”. Właściciel drukarni miał też wyłączność na wszelkie druki gorzelnicze [ale co to było?], wydawał też pocztówki i kalendarze. W 1918 roku otwarto kolejną drukarnię, która w istotny sposób wpisała się w historię Kielc, a mianowicie drukarnię diecezjalną „Jedność”.  W dwudziestoleciu międzywojennym funkcjonowało w Kielcach kilkanaście zakładów, np. drukujących w 1930 roku dwanaście tytułów gazetowych w nakładach 500 do 5000 egz. [co w porównaniu do dzisiejszych czasów wydaje się naprawdę zaskakujące].  Oczywiście okupacja hitlerowska w pierwszej kolejności doprowadziła do likwidacji drukarni będących własnością Żydów, z kolei pierwsze lata PRL to było już upaństwawianie wszystkich zakładów i wcielanie ich do struktury nazwanej Państwowe Warszawskie Zakłady Graficzne Oddział nr 23 w Kielcach; upaństwowiono nawet drukarnię „Św. Józefa” na Karczówce, w której pracowały wyłącznie zakonnice. Przyjechał czerwony walec i wyrównał.
W dalszej części książki są już historie ludzi bezpośrednio związanych z drukarstwem i, co oczywiste, wyławiam tylko te, które mnie zainteresowały. Jak np. ta rewolucyjna anegdota: w 1906 w kieleckiej organizacji bojowej PPS wydano polecenie wydrukowania odezwy do rosyjskich żołnierzy stacjonujących w Kielcach. Niestety PPS w swojej nielegalnej drukarni nie posiadał rosyjskich czcionek, zaplanowano więc akcję na drukarnię Rzędowskiego przy ul. Dużej. Pięciu uzbrojonych ludzi pod dowództwem W. Rutkiewicza wkroczyło w niedzielę do mieszkania właściciela i jego drukarni i zajęło się przygotowaniem odezwy do druku, a po godzinie był już gotowy skład ulotki. W międzyczasie jednak przychodzili interesanci, którzy przez bojowców PPS musieli zostać tymczasowo aresztowani, a już w czasie druku wykorzystani zostali do pracy, musieli bowiem kręcić kołem maszyny drukarskiej. Po wydrukowaniu ok. 8 tysięcy egzemplarzy odezwy bojowcy PPS zapłacili za farbę i papier i opuścili drukarnię. [P. Wiślicki w innym miejscu tej książki opisuje identyczną sytuację, tylko z 1908 r., nie był jednak jej uczestnikiem – czy to inna historia?]
W okolicy 1906 roku ukazywało się pismo „Maryiawita”, wydawane przez Seminarium Duchowne, z powodu niskiego popytu wydawca niestety musiał odsprzedawać je na makulaturę, a potem wędrowało np. do sklepów, do pakowania artykułów spożywczych, co wywoływało lekkie oburzenie, gdy w świętą treść zawijano śledzie.
Inna opowiastka traktowała o pewnym ciekawym etapie drukowanej propagandy kieleckiego PPS, w latach 1916-18. Druk ulotek i pisma „Wezwanie” odbywał się bowiem w oficjalnie działającej drukarni Mitelmana przy Rynku, ale ponieważ w sąsiedztwie drukarni znajdowały się koszary austriackiej żandarmerii, „nielegały” drukowano jedynie we wtorki, gdy żandarmi opuszczali swoją siedzibę udając się na targ w poszukiwaniu kontrabandy.
Piotr Wiślicki opowiada za to swoją dość bogatą historię, związaną także z działalnością w kieleckim PPS w okresie rewolucji 1905, a opowieść swoją kończy opisem niechcianych spotkań z rotmistrzem żandarmerii Anienkowem, także w Warszawie, gdzie Wiślicki musiał wyjechać, z których ostatnie, już w 1917 roku, odbyło się na kieleckiej ulicy Sienkiewicza. Potem następuje niestety mało konkretny opis spotkania ludzi prześladowanych wcześniej przez Anienkowa, na którym podjęto decyzję o dosłownym usunięciu go z życia. O tym wyroku i jego wykonaniu wspominałem już TUTAJ, w notce o książce Jerzmanowskiego „W starych Kielcach”. W dalszej części almanachu krótko przedstawiającej sylwetki ludzi związanych z drukarstwem jest kilka historii o akcyjnej działalności PPS na początku XX wieku: akcje bojowe w Łopusznie i Promniku w 1907 roku, gdzie napadnięto na pocztę, sąd, gminę i monopol wódczany, zabierając broń, pieniądze, blankiety paszportowe i pieczęci; zamachy na żandarmów carskich, np. na ulicy Czarnowskiej wykonanie wyroku na starszym żandarmie Anikinie; wysadzanie słupów telegraficznych pod Białogonem; atak na pociąg pod Kielcami w celu odbicia więźniów politycznych czy wykonywanie podkopu do kanału w więzieniu kieleckim [ale bez informacji, czy akcje się powiodły]; w 1917 atak na tabory austriackie na ul. Bodzentyńskiej w celu zdobycia broni. Dalej, przy okazji notki o Włodzimierzu Sienkiewiczu, wspomina się o jego aktywnej działalności  w okresie międzywojennym w Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego w Kielcach, którego kulturalna praca opierała się na współtworzeniu orkiestry, chóru i zespołu teatralnego. Sztuki wystawiano nie tylko w teatrze, w czasie akademii 1-majowych, ale i na wolnym powietrzu, na Karczówce i w Samsonowie czy w salkach innych miastach, a operę wystawiano w kieleckim parku miejskim i na stadionie sportowym. Dziś opera, teatr czy orkiestra są w zakresie kultury wysokiej, a robotnicy robią to, co onegdaj burżuje: chodzą balować.
Stanisław Krąż opisywał sytuację strajkową z 1928 roku, gdy redakcja gazety „Opinia” zwolniła z pracy 6 zecerów, sprowadzając na ich miejsce zecerów z innych miast, o neutralnej przynależności związkowej [tzw. „żółte związki”]. Gdy rozmowy z łamistrajkami nie przynosiły skutku, zwolnieni postanowili utrudnić im pracę, zakradając się w nocy do drukarni i niszcząc gotowe już składy i rozsypując czcionki z kaszt. Dochodzenie policyjne prowadzone przy pomocy konfidenta, nie przyniosło efektu.
Włodzimierz Sienkiewicz w krótkiej notce zapisał historię nielegalnej drukarni użytkowanej przez ruch oporu w czasie II wojny światowej. Organizacja Wojskowa PPS zaczęła ją organizować już w październiku 1939 roku, była usytuowana w zabudowaniach w miejscowości Sosnówek koło Tumlina. Wydrukowano tam wiele ulotek i odezw, pisma „Świt”, „Sprawy Polskie” i lokalną mutację „Robotnika”. Ciekawostką z czasów okupacji, o której wspomina Jerzy Butwiłło, było wydrukowanie w 1943 roku 1000 egzemplarzy książki Arkadego Fieldera „Dywizjon 303”, a odbyło się to w małej drukarni na ul. Leśnej dosłownie vis a vis miejskiej komendy żandarmerii niemieckiej.
Już w luźniejszym klimacie J. Madej wspomina pracę w drukarni u Półtawskiego, gdzie zaczynał jako praktykant w 1947, w jeszcze niesprywatyzowanym zakładzie: „Zresztą przyjęcia w drukarni odbywały się dość często. Czczono solenizantów, zakrapiając ten dzień obficie trunkami. Były i inne okazje, które rozpoczynały się skromnie w drukarni, a kończyły często po północy, w którymś z kieleckich lokali, albo u „ciotki Krzemieniowej”, u której drukarze mieli swoje konta otwarte przez całą dobę. Zaopatrzenie w trunki i przekąski spoczywało oczywiście na mnie, ponieważ uważano, że uczeń powinien poznać wszystko i godnie naśladować swoich nauczycieli.” Wspomina też o trunku, zwanym „tata z mamą”, a był to drin ze spirytusu i soku wiśniowego.
W książce przytoczone są jeszcze dwie ciekawostki drukarskie: przed 1939 rokiem Kielce miały swój „Kielecki Express Codzienny” [jako mutację warszawskich „Ostatnich Wiadomości”], który przywożony był koleją do naszego miasta z czystą ostatnią stroną, co zadrukowywane było  już na miejscu, w drukarni na Sienkiewicza, z lokalnymi tekstami. Druga historyjka była o tym, jak tuż po zakończeniu wojny reaktywowaną „Gazetę Kielecką” z braku białego papieru drukowano np. na różowym, a po zmianie nazwy na „Dziennik Kielecki” na każdym, który udało się zdobyć: czerwonym, pomarańczowym, żółtym i jasnoniebieskim.

Jako kolejną, lokalną, książkową ciekawostkę dorwałem „Almanach Drukarstwa Kielecczyzny” pod redakcją J. Butwiłły i Z. Nosala, wydany w 1969 roku. Dosyć ciekawy, branżowy zbiorek opowieści, faktów, dat i opisów ludzi związanych z tym fachem w czasie jego trwania w klasycznym okresie. W obecnej dobie cyfryzacji i rozwoju technik drukarskich pojęcia takie jak zecer czy litografia to już przeszłość, więc sięgnięcie do tej książkowej pozycji jest spojrzeniem też w historię techniki, ale poza tym poprzez przeideologizowanie w czasach jej wydania zmuszonym się jest niestety do trawienia tego obrazu przez pryzmat pionu ideologicznego PZPR.

Jak opisuje Z. Nosal w początkowej części książki, prawdopodobnie pierwszą drukarnią na kielecczyźnie była ta założona ok. 1557 roku, należąca do zbioru kalwińskiego w Pińczowie [mieli tam swoją szkołę]. Następna drukarnia założona w naszej okolicy na przełomie XVI i XVII wieku znajdowała się w Rakowie, w siedzibie Braci Polskich, arian aktywnie w tym miasteczku działających. Miała bardzo dobrą renomę w całej Europie, pisma, które były tam drukowane wywożono do różnych europejskich krajów. Natomiast w samych Kielcach pierwszą drukarnię założono dopiero w 1818 roku, po drodze zmieniali się jej właściciele i zakres prac, których podejmowano się w drukarni, by w 1870 zacząć w niej drukować pierwsze kieleckie pismo – „Gazetę Kielecką”. Gazeta była potem drukowana w różnych miejscach, bowiem w mieście istniało już kilka innych zakładów typograficznych. Podstawową działalnością tych zakładów był jednak nie druk książek czy gazet, a wydawnictw urzędowych: ksiąg i druków dla władz sądowych, skarbowych, akcyjnych, gminnych, szkolnych. Przytoczona w książce jest też sytuacja, gdy w 1903 roku Salomon Rzędowski starał się o otwarcie nowej drukarni i dostał nieprzychylną opinię od policmajstra (!), odnoszącą się np. do tego, że w mieście jest już wystarczająca ilość drukarni - mimo tego zakład udało mu się jednak otworzyć. W 1912 roku otworzono nową drukarnię [później przejętą przez J. Łęskiego], w której zaczęto drukować np. „Kurjer Kielecki”, po dwóch latach ukazywania się połączony z „Gazetą Kielecką”; drukowano też książki, broszury i najpoważniejszy w latach trzydziestych dwutygodnik kielecki „Radostowa”. Właściciel drukarni miał też wyłączność na wszelkie druki gorzelnicze [ale co to było?], wydawał też pocztówki i kalendarze. W 1918 roku otwarto kolejną drukarnię, która w istotny sposób wpisała się w historię Kielc, a mianowicie drukarnię diecezjalną „Jedność”.  W dwudziestoleciu międzywojennym funkcjonowało w Kielcach kilkanaście zakładów, np. drukujących w 1930 roku dwanaście tytułów gazetowych w nakładach 500 do 5000 egz. [co w porównaniu do dzisiejszych czasów wydaje się naprawdę zaskakujące].  Oczywiście okupacja hitlerowska w pierwszej kolejności doprowadziła do likwidacji drukarni będących własnością Żydów, z kolei pierwsze lata PRL to było już upaństwawianie wszystkich zakładów i wcielanie ich do struktury nazwanej Państwowe Warszawskie Zakłady Graficzne Oddział nr 23 w Kielcach; upaństwowiono nawet drukarnię „Św. Józefa” na Karczówce, w której pracowały wyłącznie zakonnice. Przyjechał czerwony walec i wyrównał.

W dalszej części książki są już historie ludzi bezpośrednio związanych z drukarstwem i, co oczywiste, wyławiam tylko te, które mnie zainteresowały. Jak np. ta rewolucyjna anegdota: w 1906 w kieleckiej organizacji bojowej PPS wydano polecenie wydrukowania odezwy do rosyjskich żołnierzy stacjonujących w Kielcach. Niestety PPS w swojej nielegalnej drukarni nie posiadał rosyjskich czcionek, zaplanowano więc akcję na drukarnię Rzędowskiego przy ul. Dużej. Pięciu uzbrojonych ludzi pod dowództwem W. Rutkiewicza wkroczyło w niedzielę do mieszkania właściciela i jego drukarni i zajęło się przygotowaniem odezwy do druku, a po godzinie był już gotowy skład ulotki. W międzyczasie jednak przychodzili interesanci, którzy przez bojowców PPS musieli zostać tymczasowo aresztowani, a już w czasie druku wykorzystani zostali do pracy, musieli bowiem kręcić kołem maszyny drukarskiej. Po wydrukowaniu ok. 8 tysięcy egzemplarzy odezwy bojowcy PPS zapłacili za farbę i papier i opuścili drukarnię. [P. Wiślicki w innym miejscu tej książki opisuje identyczną sytuację, tylko z 1908 r., nie był jednak jej uczestnikiem – czy to inna historia?]

W okolicy 1906 roku ukazywało się pismo „Maryiawita”, wydawane przez Seminarium Duchowne, z powodu niskiego popytu wydawca niestety musiał odsprzedawać je na makulaturę, a potem wędrowało np. do sklepów, do pakowania artykułów spożywczych, co wywoływało lekkie oburzenie, gdy w świętą treść zawijano śledzie.

Inna opowiastka traktowała o pewnym ciekawym etapie drukowanej propagandy kieleckiego PPS, w latach 1916-18. Druk ulotek i pisma „Wezwanie” odbywał się bowiem w oficjalnie działającej drukarni Mitelmana przy Rynku, ale ponieważ w sąsiedztwie drukarni znajdowały się koszary austriackiej żandarmerii, „nielegały” drukowano jedynie we wtorki, gdy żandarmi opuszczali swoją siedzibę udając się na targ w poszukiwaniu kontrabandy.

Piotr Wiślicki opowiada za to swoją dość bogatą historię, związaną także z działalnością w kieleckim PPS w okresie rewolucji 1905, a opowieść swoją kończy opisem niechcianych spotkań z rotmistrzem żandarmerii Anienkowem, także w Warszawie, gdzie Wiślicki musiał wyjechać, z których ostatnie, już w 1917 roku, odbyło się na kieleckiej ulicy Sienkiewicza. Potem następuje niestety mało konkretny opis spotkania ludzi prześladowanych wcześniej przez Anienkowa, na którym podjęto decyzję o dosłownym usunięciu go z życia. O tym wyroku i jego wykonaniu wspominałem już TUTAJ, w notce o książce Jerzmanowskiego „W starych Kielcach”. W dalszej części almanachu krótko przedstawiającej sylwetki ludzi związanych z drukarstwem jest kilka historii o akcyjnej działalności PPS na początku XX wieku: akcje bojowe w Łopusznie i Promniku w 1907 roku, gdzie napadnięto na pocztę, sąd, gminę i monopol wódczany, zabierając broń, pieniądze, blankiety paszportowe i pieczęci; zamachy na żandarmów carskich, np. na ulicy Czarnowskiej wykonanie wyroku na starszym żandarmie Anikinie; wysadzanie słupów telegraficznych pod Białogonem; atak na pociąg pod Kielcami w celu odbicia więźniów politycznych czy wykonywanie podkopu do kanału w więzieniu kieleckim [ale bez informacji, czy akcje się powiodły]; w 1917 atak na tabory austriackie na ul. Bodzentyńskiej w celu zdobycia broni. Dalej, przy okazji notki o Włodzimierzu Sienkiewiczu, wspomina się o jego aktywnej działalności  w okresie międzywojennym w Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego w Kielcach, którego kulturalna praca opierała się na współtworzeniu orkiestry, chóru i zespołu teatralnego. Sztuki wystawiano nie tylko w teatrze, w czasie akademii 1-majowych, ale i na wolnym powietrzu, na Karczówce i w Samsonowie czy w salkach innych miastach, a operę wystawiano w kieleckim parku miejskim i na stadionie sportowym. Dziś opera, teatr czy orkiestra są w zakresie kultury wysokiej, a robotnicy robią to, co onegdaj burżuje: chodzą balować.

Stanisław Krąż opisywał sytuację strajkową z 1928 roku, gdy redakcja gazety „Opinia” zwolniła z pracy 6 zecerów, sprowadzając na ich miejsce zecerów z innych miast, o neutralnej przynależności związkowej [tzw. „żółte związki”]. Gdy rozmowy z łamistrajkami nie przynosiły skutku, zwolnieni postanowili utrudnić im pracę, zakradając się w nocy do drukarni i niszcząc gotowe już składy i rozsypując czcionki z kaszt. Dochodzenie policyjne prowadzone przy pomocy konfidenta, nie przyniosło efektu.

Włodzimierz Sienkiewicz w krótkiej notce zapisał historię nielegalnej drukarni użytkowanej przez ruch oporu w czasie II wojny światowej. Organizacja Wojskowa PPS zaczęła ją organizować już w październiku 1939 roku, była usytuowana w zabudowaniach w miejscowości Sosnówek koło Tumlina. Wydrukowano tam wiele ulotek i odezw, pisma „Świt”, „Sprawy Polskie” i lokalną mutację „Robotnika”. Ciekawostką z czasów okupacji, o której wspomina Jerzy Butwiłło, było wydrukowanie w 1943 roku 1000 egzemplarzy książki Arkadego Fiedlera „Dywizjon 303”, a odbyło się to w małej drukarni na ul. Leśnej dosłownie vis a vis miejskiej komendy żandarmerii niemieckiej.

Już w luźniejszym klimacie J. Madej wspomina pracę w drukarni u Półtawskiego, gdzie zaczynał jako praktykant w 1947, w jeszcze niesprywatyzowanym zakładzie: „Zresztą przyjęcia w drukarni odbywały się dość często. Czczono solenizantów, zakrapiając ten dzień obficie trunkami. Były i inne okazje, które rozpoczynały się skromnie w drukarni, a kończyły często po północy, w którymś z kieleckich lokali, albo u „ciotki Krzemieniowej”, u której drukarze mieli swoje konta otwarte przez całą dobę. Zaopatrzenie w trunki i przekąski spoczywało oczywiście na mnie, ponieważ uważano, że uczeń powinien poznać wszystko i godnie naśladować swoich nauczycieli.” Wspomina też o trunku, zwanym „tata z mamą”, a był to drin ze spirytusu i soku wiśniowego.

W książce przytoczone są jeszcze dwie ciekawostki drukarskie: przed 1939 rokiem Kielce miały swój „Kielecki Express Codzienny” [jako mutację warszawskich „Ostatnich Wiadomości”], który przywożony był koleją do naszego miasta z czystą ostatnią stroną, co zadrukowywane było  już na miejscu, w drukarni na Sienkiewicza, z lokalnymi tekstami. Druga historyjka była o tym, jak tuż po zakończeniu wojny reaktywowaną „Gazetę Kielecką” z braku białego papieru drukowano np. na różowym, a po zmianie nazwy na „Dziennik Kielecki” na każdym, który udało się zdobyć: czerwonym, pomarańczowym, żółtym i jasnoniebieskim.

 

00:19, a_maciek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 listopada 2010

„Kielce w pamiętnikach i wspomnieniach z XIX wieku” to nietypowa książkowa pozycja, w której są zamieszczone fragmenty pamiętnikarskie ludzi, którzy przynajmniej część swojego życia spędzili w Kielcach i to opisali. Książka ta zdecydowanie nie pretenduje do wysokiej rangi jeżeli chodzi o literacką wartość zawartych tam tekstów, jest za to naprawdę ciekawym kawałkiem historii naszego miasta opisanej z zupełnie innej perspektywy niż notatki z gazet czy urzędowe dokumenty. Dla historyków miasta – niezły cymes.
Antoni Borkowski opisuje uczniowskie „zabawy” z lat 30-tych XIX wieku, polegające na urządzaniu zasadzek na Żydów wracających z Kielc do Chęcin [gdy jeszcze nie mogli się tutaj osiedlać]. Uczniowie czaili się przy „szosie ku Białogonowi” [dzisiejsza ul. Krakowska] i z ukrycia obrzucali wozy pełne Żydów kamieniami. Gdy tamci próbowali w ciemnościach gonić sprawców dodatkowo mogli dostać po gębie jeszcze w bezpośrednim starciu od agresorów poukrywanych w krzakach. Były interwencje na policji, zainteresował się tym naczelnik wojskowy, sprawa oparła się o kuratora szkolnego, ale nic to nie dało. Po jednej z takich akcji, z ranną kobietą, która wylądowała w szpitalu, oburzeni Żydzi zebrali się pod domami inspektora i dyrektora szkoły, co wymusiło w końcu surowe śledztwo. Ponieważ rutynowe przesłuchania i zastraszania nic nie dały, postanowiono ukarać losowo biciem co czwartego ucznia, w nadziei, że któryś pęknie i coś powie. Nic to jednak nie dało, sprawców dzięki solidarnej postawie milczących uczniów nie udało się znaleźć.
Z kolei Bogusław Anc, uczący się w kieleckiej Wyższej Szkole Realnej w I połowie lat 50-tych XIX w. opisuje szkolną dyscyplinę i terror skierowany przeciw uczniom i ich polskości. W szkole specjalną funkcję pełnili woźni, którzy dozorowali i szpiegowali uczniów, uczyli ich maszerować i zdejmować czapkę przez rosyjskimi oficerami na ulicy, czego niedopełnienie skutkowało często pobiciem „niesubordynowanego ucznia”. Rózgi były też niezbędnym elementem w nauce języka rosyjskiego. O tym systemie wychowawczym dobitnie pisze też Andrzej Roch Świętochowski, który uczył się w tej samej szkole dosłownie kilka lat później: „Całe społeczeństwo było tak wychowywane. Bito w więzieniu i w wojsku, bito z wyroków sądu, bito z rozporządzenia wójta gminy i burmistrza, bito dzieci w domu, bito je więc i w szkole. Bat spospolitował się i stał się w edukacji młodego pokolenia czymś tak niezbędnym, jak chleb w codziennym życiu. Nie pojmowano zgoła, by bez tego środka można było utrzymać porządek państwowy, karność domową i szkolną. Ojciec odwożąc malca do szkół, szeptał niekiedy zwierzchnikowi na ucho: Niech tam szanowny dyrektor zapisze co czasem temu smarkaczowi na skórze, by nie zapominał moresu.” Dalej Świętochowski wspomina o wszechobecnej cenzurze: „Rzecz dziwna, jak ówczesne władze administracyjne i szkolne dokładały starań, aby żadna z książek, które przez cenzurę nie przeszły, nie dostała się w ręce ogółu i młodzieży. Za posiadanie takich książek była niemal taka sama odpowiedzialność, jak dziś za szerzenie broszur socjalistycznych. Teraz [pamiętnik pisany był na początku XX wieku – przyp. red] pod tym względem daleko jest swobodniej i drukowane słowo ma dziś tyle wolności, ile wówczas mówione. Rozumie się, że w owych czasach nie było jeszcze anarchizmu i socjalizmu, zakazanymi więc książkami być mogły tylko dzieła literackie lub historyczne, pisane nie w duchu lojalnej cenzury warszawskiej lecz w duchu patriotycznym.”
Ale są i mniej ponure opowieści, jak choćby te Stanisława Jan Nepomucena Czarnowskiego, za których jedna traktuje o wycieczce uczniów na Karczówkę, gdzie w czasie zwiedzania kościoła i klasztoru oprowadzał ich młody braciszek bernardyn. Część nieoficjalna wycieczki odbyła się w jego pokoiku klasztornym, w którym poczęstował uczniowską młodzież papierosami i wódką, rozwiewając mity o ascetycznym życiu mnichów. Potem jeszcze Czarnowski wspomina imprezę na zakończenie szkoły, w czasie której traktowali się dużą ilością wina i śpiewu, w stylu np. takim:
„Pijmy na cześć Mickiewicza!
Bo nam słodkich chwil użycza”
Alojzy Jan Stodółkiewicz opisuje  jak młodzież w latach 60tych XIX wieku starała się uprzykrzać życie przeciwnikom powstania styczniowego, krzycząc pod ich oknami, i nierzadko wybijając szyby, jak uczyniono to dyrektorowi gimnazjum Formińskiemu. Wspomina też historię zbiorów Zielińskiego [dziś pozostał po nim pałacyk jego nazwiska na ul. Zamkowej], który w Kielcach kojarzony jest jako koneser i kolekcjoner sztuki. Wg Stodółkiewicza był on w Warszawie naczelnikiem policji, który po upadku powstania listopadowego  wraz z namiestnikiem warszawskim Paskiewiczem podzielili się zagrabionymi zbiorami generała Paca, zbiegłego ze stolicy po powstaniu. Potem Zieliński opuścił służbę, przeniósł się do Kielc i został szanowanym obywatelem miasta, powiększającym swoje cenne zbiory.
Wstrząsającą historię z 1879 roku opowiada Władysław Bielski, a dotyczyła ona zdarzeń ze wsi Mękarzowa w powiecie włoszczowskim. Zaczęło się od wymiany gruntów przez chłopów z dziedzicem, który wyrolował ich w ostatecznym rozrachunku, a rację dziedzicowi w dodatku przyznała komisja włościańska. Chłopi nie pogodzili się z tą decyzją, poszli jak zwykle kosić łąki, które uważali wciąż za swoją własność, a gdy zbulwersowany dziedzic wezwał na pomoc naczelnika straży ziemskiej stawili opór i pobili go. Sąd był bezwzględny: jeden z chłopów został rozstrzelany, drugi powieszony, 9 innych mężczyzn zostało skazanych na 15 lat ciężkich robót w kopalniach, a 3 kobiety na 15 lat ciężkich robót w fabryce. Sąd Wojenny (!) w Kielcach swoją surową decyzję uzasadniał tak: „Gdybyś ty był uderzył pomieszczyka [dziedzica], to byś tylko przed sądem zwyczajnym odpowiadał, ale ty uderzył tego, który władzę przedstawia”.
Ponury dosyć obraz nakreśla Zygmunt Wasilkowski opisując styl ówczesnej, dziewiętnastowiecznej higieny czy też raczej jej brak, co najlepiej odda cytat: „W gimnazjum kieleckim, wychowującym kilkuset chłopców, nie było lekarza. Nikt dziecku nie zaglądał w oczy ani w zęby. Co prawda nie pamiętam, żeby ktoś chorował: jakoś zdrowiej było na świecie. Nikt nie przestrzegał takich zabiegów jak mycie zębów albo kąpiel. Nie pamiętam, aby ktoś w Kielcach się kąpał, nie było gdzie. Mycie dotyczyło tylko twarzy w odrobinie wody przyniesionej ze studni. Tzw. „brudy” (zużytą bieliznę) uczniowie odsyłali na wieś, a póki co, składało się ją do brudnej poszewki, którą trzymało się pod poduszką.” Podsumowaniem tamtych czasów może być  też to, co napisał odnośnie ówczesnej świadomości politycznej: „Urodziliśmy się już w obroży, rosyjskość nauki i Rosjan traktowało się jako rzecz naturalną, nie nienawidziliśmy nikogo z nauczycieli z zasady dla tego samego, że Rosjanin, a jednak duch był polski i on nas łączył w jeden obóz z wychowawcami Polakami.”

12:00, a_maciek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 października 2010


Odkryłem wczoraj zamknięcie tego szacownego przybytku. Szczególnie to boli, gdyż jestem świeżo po lekturze opowiadań Haszka, które nawet-nawet współgrały z tym miejscem swoim specyficznym klimatem.
By zrozumieć fenomen tego baru trzeba było odnaleźć w pamięci to, jak wyglądały kieleckie knajpy jeszcze na początku lat 90-tych, zlokalizowane wstydliwie przy bocznych uliczkach odchodzących od rynku, w garażach na osiedlach, w bramach, w podwórkach, w budkach przy przystankach. Funkcjonowały zupełnie inaczej niż te dzisiejsze puby, które swoje godziny mocy przezywają wieczorami – wtedy energia przelewała się w nich od 15 do 18, rzadko do 20. Przypominały niepowtarzalne w swym klimacie śląskie knajpeczki robotnicze, które jeszcze kilka lat temu udało mi się zobaczyć od środka, z piwem butelkowym w cenie niemal takiej jak w sklepie, z klimatem familijnym i prorodzinnym – bo też były zamykane po południu lub wczesnym wieczorem.

zagloba

[foto: małe a]


Niepowtarzalność klimatu tego miejsca to jego charakter prostoty, związanej z minimalistyczną aranżacją wnętrza i jego wyposażeniem i przedstawionym klientowi wyborem trunków, oraz zadziwiająca kolekcja dziełek lub śladów artystycznych lokalnych artystów wiszących na ścianach. Ich samych zresztą, tych mniejszego i średniego formatu [bo Rubika i innych rumianych tfurców sobie tam nie umiem wyobrazić], też można było tam spotkać – rzeźbiarzy, plastyków, malarzy czy ich partnerów życiowych. Kobiety po 50-ce popijające piwo. Tajemniczych dżentelmenów w wieku około emerytalnym. Postacie z prowincji i przedmieść, które przed południem, po załatwieniu spraw urzędowych lub poczynieniu zakupów, nie umiały znaleźć innego otwartego lokalu w Kielcach, gdzie można się napić piwa i zapalić papierosa. Ludzi, którzy chcieli pomilczeć przy piwie i przy milczeniu innych.
Trudno porównywać zamknięcie „Zagłoby” do zamknięcia takich knajp jak „Cockney” czy „Insomnia”, w których oprócz nalewania setek litrów piwa zdarzały się też muzyczne eventy, bo po prostu w „Zagłobie” nic się nie działo, ale to nie-dzianie-się było właśnie niepowtarzalne. I jest mi ewidentnie żal tego miejsca…

22:22, a_maciek
Link Komentarze (8) »
piątek, 01 października 2010

dzieje powiatu kieleckiego

.     Nieco przez przypadek sięgnąłem po nudną cegłę pt „Dzieje powiatu kieleckiego 1810- 2008”. Dzieło zbiorowe podzielone rozdziałami wg pewnych ram czasowych i będące zbitką podstawowych informacji o tym, co się działo w naszym powiecie na przestrzeni tych dwóch wieków. Jest to na tyle nudne opracowanie, że zaprzestałem prób zapamiętywania jakichś ciekawych rzeczy po przeczytaniu zaledwie kilkudziesięciu stron [z prawie 400], jest to bowiem książka naładowana danymi, statystykami, tabelkami, liczbami, mapami i informacjami o wszystkim, co da się zawrzeć w tych tabelkach. Pewnie takie było założenie, by stworzyć kompendium wiedzy o wszelkich dziedzinach życia publicznego, ze szkolnictwem, gospodarką, rolnictwem, przemysłem, polityką i strukturą społeczną, przebrnąłem więc przez to raczej z rozpędu niż z ciekawości. Kilka chaotycznych, mniej lub bardziej banalnych ciekawostek udało się jednak stamtąd wyciągnąć, zaczynając oczywiście od kwestii smakowych, a mianowicie, np. to, że w tymże powiecie w latach połowie XIX wieku ok. 70 gorzelni i sporo małych browarów, oraz 49 karczm, gdyż znajdowały się one w niemal każdej wsi. „Najczęściej można było spotkać szynki, które mieściły się w domach chłopskich, zajmując jedną izbę”. Lub to, że jeszcze w XIX wieku w powiecie znajdowały się 3 miasta będące prywatną własnością: Włoszczowa, Secemin i Wodzisław. Są nawet ciekawe dane na temat pobliskich więzień pod koniec XIX wieku: kieleckiego, chęcińskiego i na Świętym Krzyżu, jak na przykład procentowy rozkład skazanych za rodzaj przestępstwa, w którym np. „wykroczenia przeciw religii i państwu” obejmowały prawie 11% skazanych i dodatkowa informacja o istniejących równolegle aresztach gminnych, w których na początku XX wieku przetrzymywano kilka tysięcy osób rocznie.
.     Z kolei początki działalności politycznej na kielecczyźnie jeden z autorów tej książki wiąże z pokoleniem młodzieży uczącej się w Kielcach w latach 80-tych XIX wieku, wśród której byli np. Stefan Żeromski i Jan Wacław Machajski. Byli wśród nich też bracia Stanisław i Bronisław Koszutscy, którzy zorganizowali w 1893 roku strajk w zakładach hutniczych i tartaku w Szczecnie; byli to ówcześni działacze kieleckiego koła SDKP, potem PPS, którego koła powstawały kolejno w różnych miejscowościach i zakładach przemysłowych w naszym powiecie. Potem jest kilkustronicowy opis wydarzeń z okresu rewolucji 1905-07, ale na ten temat wypadałoby zdobyć więcej materiałów i poświęcić mu o wiele więcej miejsca. W międzyczasie bez specjalnych ciekawostek przemknęły mi następne lata, by coś ciekawego wyłowić dopiero z okresu początków PRL-u.
.     Prawdziwym utrapieniem ludności kielecczyzny, już po zakończeniu działań  wojennych, były napady rabunkowe, gwałty i morderstwa, których wiele dokonywali czerwonoarmiści, szczególnie latem 1945 roku, gdy wracali oni do ZSRR. „Żołnierze bezmyślne niszczyli linie energetyczne i telefoniczne. Pędzone przez Sowietów z zachodu stada bydła także powodowały zniszczenia upraw.” Aparat bezpieczeństwa pozostawał wiele do życzenia, brak było wykwalifikowanych ludzi do pracy w MO i UBP, panowało pijaństwo i demoralizacja, co prowadziło nawet do śmiertelnych incydentów. „Jak stwierdził I sekretarz KP PPR Sylwester Wątrobiński, w powiecie tylko 4 posterunki MO dobrze pracowały, a pozostali funkcjonariusze powinni zostać zwolnieni.”
.     Znalazłem  też prawdopodobne wyniki referendum z 1946 roku z powiatu kieleckiego [sfałszowane przez komunistów], które wg autorów wyglądały tak: na pytanie „Czy jesteś za zniesieniem Senatu?” TAK głosowało 35,8%, NIE – 64,2%; „Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego wprowadzonego reformą rolną i unarodowienia podstawowych gałęzi gospodarki narodowej z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?” – TAK 47,8%, NIE – 52,2%; „Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic państwa polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?” – TAK 66,6%, NIE – 33,4%.
.     W innym miejscu są skrótowe historie o próbach kolektywizacji i tworzeniu spółdzielni produkcyjnych „na niby”. „Wielokroć chłopi dla świętego spokoju zakładali takie komitety, które często wcale nie działały na rzecz zorganizowania spółdzielni.” Były też wystąpienia ludności w czasie pomiarów przy wydzielaniu terenu dla przyszłych spółdzielni, a istniejące spółdzielnie nie pracowały wcale kolektywnie, natomiast większość z nich rozpadła się po październiku 1956 roku. Podobną ściemą była areligijność promowana oficjalnie przez partię. Były antyreligijne wybryki nadgorliwych aktywistów PZPR i ZMP [palenie krzyża czy wrzucanie go do ubikacji], ale raczej działało to odwrotnie, jak pokazują np. przypadki przekształcania się młodzieżowych chórów zakładanych przez ZMP w chóry kościelne. W czasie świąt kościelnych odnotowywano dużą absencję w przemyśle i budownictwie [na jednej z budów w 1952 roku w drugim dniu Zielonych Świąt do pracy przyszło tylko 5% robotników]. Odnotowywano częste przypadki, gdy działacze partyjni chodzili do kościoła na 6 rano, by zdążyć potem do pracy, śpiewali w chórze kościelnym i dekorowali ołtarze przed Bożym Ciałem. Smakowite są opisy festynów i tzw. „wczasów świątecznych”, zwanych też niedzielnymi, w których uczestniczyło kilka lub nawet kilkanaście tysięcy robotników. Impreza na Słowiku 26 lipca 1952 roku wyglądała tak: „W sprawozdaniu czytamy: Chodząc po lesie czy też nad rzeką, prawie co krok spotykało się wesołe gromadki rozbawionych wczasowiczów, robotników i młodzież, albo wypoczywających nerwowo samotników z książką w ręku wygraną na loterii. Dopiero około godz. 17, kiedy chór WDK (piosenką o Bierucie) rozpoczął część artystyczną – tłumnie zaczęli wszyscy ściągać z lasu, znad rzeki do doliny, gdzie na murawie bez podium przesuwały się figury krakowiaka, kozaka, marynarza, kujawiaka i innych w wykonaniu zespołów artystycznych. Później wszyscy tańczyli. Zabawa zgromadziła około 5000 osób.” Uruchamiam wyobraźnię i jestem w szoku… Jako uzupełnienie opisów tych lat poświęcono trochę miejsca ówczesnym problemom życia codziennego, gdy brak było wszystkiego, zarobki były kiepskie, a warunki pracy zwyczajnie złe. Brak odpowiednich ubrań ochronnych lub ich potrzebnej ilości, beznadziejne warunki sanitarne, transport do pracy w tragicznych warunkach, zawyżane normy pracy i pojawiające się już w latach 50-tych protesty pracownicze. Prawie w ogóle za to nie jest opisany okres od połowy lat 50-tych, ale może autorzy uznali, że jest on znany mieszkańcom powiatu, choć paradoksalnie, najbardziej zaciemniony chyba w opisie rzeczywistości.

naszlaku


.     Z kolei dosyć odmienną pozycją jest książka „Miasto na szlaku wolności”, jako swoista laurka wystawiona w 1970 roku przez kielecki pion propagandowy radzieckim wyzwolicielom, którzy 15 stycznia 1945 roku odbili nasze miasto z rąk niemieckich okupantów. To prawdziwy misz-masz formy – od wspomnień Koniewa i innych historyczno-wojskowych relacji, przez utwory z konkursu literackiego, a wśród nich kwiatki min. znanych literatów kieleckich Bogdana Pasternaka i Ryszarda Miernika, dalej przez wspomnienia różne i chaotycznie spisane i poukładane, aż po rozkochane wręcz listy byłych radzieckich żołnierzy do mieszkańców Kielc. Język książki przypomina miejscami Tolkiena, gdy co rusz przewijają się określenia typu „hordy faszystów” i „barbarzyńcy”, a całość jest po prostu nudna. I chyba tylko dwie rzeczy z tej książki jako ciekawostka są godne powtórzenia. Jedną z nich było wg mnie pojawienie się w Kielcach już 15 stycznia polskiego, frontowego, propagandowego kina samochodowego, z orłem wymalowanym na samochodzie. Ciekawy jestem jaki mieli repertuar? A druga rzecz to wspomnienia działacza partyjnego Mieczysława Róg-Świostka [który jeździł do pracy z pistoletem i granatem], twierdzącego, że w maju 1945, w pińczowskich lasach, zlikwidowano „grupę skoczków spadochronowych, członków NSZ-owskiej Brygady Świętokrzyskiej, zrzucanych tu przez Niemców z Pragi dla dywersji”, a przy nich znaleziono jego zdjęcie z dyspozycją wykonania na nim wyroku śmierci. Było tak czy to dopisywanie pewnych rzeczy do mniej rewelacyjnych faktów?

20:53, a_maciek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Liczniki