|
niedziela, 22 stycznia 2012
Zastanawiałem się oczywiście, jak bardzo obrazowa będzie to autobiograficzna opowieść tego kieleckiego aktora, ale tak jak się spodziewałem – na pikantne szczegóły z życia kieleckiej bohemy nie ma co liczyć. Jest jednak nakreślony pewien szkic, zarys takich wspomnień, kilka zdarzeń czy anegdot jest zajawką tego, co Edward Kusztal mógłby napisać, choć z przyczyn obyczajowych, czy z szacunku do innych osób wolał zapewne pominąć szczegóły, całe zdarzenia lub epizody w życiu. Wspomniał o tym też Zdzisław Antolski TUTAJ, dopowiadając kilka elementów do historii, które, jak się dowiadujemy, były żywymi gawędami, opowiadanymi przez autora od lat.
niedziela, 01 stycznia 2012
Nowy Rok wypada zacząć z hukiem i do tego najlepiej nadaje się historia o kieleckiej kapeli ARGER. Zapomniana, może dlatego, że zostawili po sobie dosyć mało trwałych śladów, a i pewnie z tego powodu, że publiczność metalowa wydaje się być raczej mało uspołeczniona i niezbyt dbająca o swoje korzenie. Cóż, oczywiście materiał zdjęciowy to przemejlowany prezent od Piotra "Brody", a jakże by inaczej. Jednakże istotną częścią opowieści jest spisana historia kapeli skopiowana z youtubowego kanału tejże kapeli, skąd też podebrałem dźwięki zamieniając je w cudowny sposób na mp3 [gdyby ktoś zapragną sobie ściągnąć samą muzę]. Początek istnienia grupy przypada na 1985 rok. Założycielem był Marek „Diabeł” Gawęcki i Grzegorz „Dziobek” Degejda. W pierwotnym składzie wspomagani byli przez ś.p."Suchego" - wokal i Jacka Kleszczowskiego - gitara. W tym składzie rozpoczęli działalność, z braku miejsca na zorganizowanie prób w mieście przenoszą się do świetlicy w podkieleckim Masłowie, niestety pech chciał, że znajdowała się ona naprzeciwko kościoła - z racji wykonywanej muzyki, a co za tym idzie wyglądu zespół zmuszony był się ratować ucieczką (na całe szczęście bez uszczerbku na zdrowiu).
[pierwszy skład - 1985 rok]
Od czerwca 1987 roku grupa ARGER zaczyna kontynuować działalność w nowym składzie, do którego dołączają Robert „Baranek” Maciejski - wokal, Alek Kwinta - gitara i Dariusz „Nowy” Zegadło - perkusja. Pierwsze próby odbywają się w klubie „Iskra” przy ul. Mielczarskiego. Niestety klub przestaje udostępniać pomieszczenia po dwóch „sesjach” z powodu nadmiaru „chałasu”. Natychmiastowe poszukiwania nowego miejsca kończą sie na klubie „Ziemowit” na oś. Czarnów przy ul. Chrobrego. We wrześniu tego roku grupa występuje w muszli kieleckiego Parku Miejskiego. Koncert zostaje przyjęty z umiarkowanym aplauzem. W listopadzie ARGER występuje na „Talentach” organizowanych przez WDK razem z innymi wykonawcami z Kielc, min. DEKRET’em. Grupa eksperymentuje także z pirotechniczną oprawą koncertu. Z tego powodu przygotowania do występu zajmują jedną z dwóch dostępnych garderób, negatywnie nastawiając resztę wykonawców wobec kapeli. Nie wszyscy muzycy ARGER pojawiają sie na scenie trzeźwi, pomimo to koncert wypada ciekawie i przyciąga uwagę. Niestety techniczne możliwości muzyków i jakość sprzętu nadal sprawiają problemy. „Domowej roboty” efekty pirotechniczne też zostawiają przy okazji „znamię” na deskach podłogi koncertowej WDK.
Na przełomie roku 1987/1988 aż do wiosny, powstaje zastój spowodowany w większości „zajęciami” w życiu prywatnych członków zespołu. Grupa rozstaje się też z Jackiem Kleszczowskim i Robertem Maciejskim z powodów związanych ze zmianami w kierunku muzycznym. ARGER kontynuuje później działalność w składzie: Marek Gawęcki - śpiew, gitara basowa, Alek Kwinta - śpiew, gitara i Dariusz Zegadło – perkusja, kierując się bardziej w mieszanie gatunków thrash metal'u i hard core'a. W tym samym czasie zespołem zainteresował się zarząd kieleckiego WDK, który zaoferował zajęcie sie grupą, udostępniając między innymi główną salę kinową na próby oraz na organizowanie koncertów. Pierwszy koncert odbył sie w owej sali WDK gdzie „główną atrakcją” był ARGER plus support (grupa SEVENTH STAR). Na koncert przybyło około 200 - 300 fanów ostrej muzyki. Występ był spektakularny z efektami pirotechnicznymi i oprawą świetlną zorganizowaną przez pana Dariusza Górala (później mgr. chemii). Na koncercie gościły też lokalne media. Współpraca z WDK skończyła się pod koniec lata 1988, kiedy ARGER nie wywiązał się z narzuconej obowiązkowej trasy koncertowej po województwie. Zespół spędza całe lato grając próby pod Suchedniowem w domu Dariusza Zegadło. Kapela zdecydowała się działać na „własną rękę”. Następny występ odbył się w Kielcach, jako support przed grupą TURBO na ich trasie koncertowej z cyklu „Metalmania". Fantastyczny odbiór fanów i profesjonalna oprawa spowodowała duże uznanie w kręgach krytyków, a szczególnie pomiędzy lokalnymi fanami tego typu muzyki. Koniec roku 1988 przynosi następne przemiany, gdzie Marek Gawęcki rozpoczyna współpracę z zespołem DEKRET zastępując dotychczasowego basistę Olafa. Kolaboracja przyniosła poszerzoną współpracę pomiędzy zespołami - Alek Kwinta uczestniczył w nagraniach pierwszego demo DEKRET'u „1988” jako gość na gitarze m. in. w utworze „Ekscytuje...”. Warte wspomnienia jest też, że muzycy z obu zespołów przyczynili sie do stworzenia i długoterminowej współpracy pierwszego zespołu Grzegorza Jasa CITY SKYLINE/FIODOR (The Lovers, Trudy). [ostatni koncert i ostatnie zdjęcie - Kadzielnia, maj 1989 rok] Na przełomie 1988/1989 roku Dariusz Zegadło opuszcza zespół ARGER a zastępuje go Tomasz „Śliwa” Śliwiński. Grupa rozpoczyna próby w klubie „Na Barwinku”. Muzycznie styl kapeli coraz bardziej rozwija sie w stronę nurtu crossover i hardcore. Ponowne przemiany w podejściu do twórczości i w życiu prywatnym muzyków przyczyniają się do następnego „przesilenia emocjonalnego” co prowadzi do pewnej stagnacji. Jednak na początku 1989 roku grupa wraca do formy i przyjmuje drugiego gitarzystę Pawła "Łakyś" Łakomca. ARGER występuje na Kadzielni jako support dla zespołów HAMMER i UNIVERSE (z Niemiec). Jest to ostatni występ ARGER. Grupa przestaje istnieć kiedy Alek emigruje do Wielkiej Brytanii w lipcu tamtego roku.
Do odsłuchania kawałki z prób w różnych miejscach:
niedziela, 18 grudnia 2011
Nie wypada kisić przy tej okazji innych materiałów, które udostępnił Piotrek "Broda". To zdjęcia z różnych momentów tej kapeli, niektóre dosyć zaskakujące [jak to niczym z sesji dla magazynu dla młodych metalowców...], a niektóre wybitnie historyczne: zdjęcie z żeńską załoga punkową na Węgrzech czy napis na nieistniejącej księgarni w centrum Kielc. A na koniec naprawdę dobry kawałek naprawdę dobrej jakości z naprawdę intrygującymi makijażami muzyków;)
Tak to onegdaj wyglądało...
niedziela, 11 grudnia 2011
Zawsze oficjalnie podawali, że założyli ten zespół 13 grudnia 1981 roku, choć tak naprawdę był to raczej następny, 1982 rok. Faktem jest jednak, że był to zespół, który odcisnął niebywale mocne piętno na kieleckim undergroundzie, a muzycy z nim związani orbitowali później lub równolegle w innych ciekawych projektach muzycznych. Trudno bez udziału któregoś z filarów tej kapeli napisać coś konkretnego o jego istnieniu, ale przy tym symbolicznym 30-leciu powstania DEKRETu wrzucam kilka ciekawych rzeczy z ich historii. To pięć kawałków, które można odkryć w sieci z opisem „DEKRET demo 85” – mi aż trudno w to trochę uwierzyć, gdy zna się muzyczne oblicze zespołu z Piotrkiem „Brodą” na wokalu, funkcjonującego w tym składzie od 1986 roku. Ale jeżeli to rzeczywiście nagrania DEKRETu to zapraszam do antycznej uczty: Innym ciekawym epizodem był wyjazd kapeli na koncert do Budapesztu. Węgierska wyprawa udokumentowana jest takimi oto fotopamiątkami:
A najnowszy prezencik medialny, wrzucony przez Piotra na jutubową muzodajnię to fragment koncertu DEKRETu z domu kultury MCK na ul. Słowackiego, który odbył się w 1990 roku. Nie jest to jednak jeden z ich kawałków, które znamy, ale cover niemieckiej trashmetalowej kapeli SODOM – przepyszne!
sobota, 26 listopada 2011
Kilka dobrych tygodni temu upadł ostatni kawałek muru, który podzielił kieleckie Psie Górki na getta komercyjnych nieruchomości. Niektóre odcinki muru wyglądają na zdemontowane celowo, ale większość wygląda zdecydowanie tak, jak gdyby zostały zmiecione przez szarżę osiedlowej kawalerii kieleckiej. Wygląda to teraz naprawdę ponuro, ale z drugiej strony każdy obalony mur cieszy serce i w porównaniu do tego okresu, gdy mur dzielił ten rekreacyjny wcześniej teren na więzienne wybiegi dla bażantów, to jest zdecydowanie lepiej. O powstawaniu muru wspominałem w sierpniu i wrześniu 2009 roku. Oby tyranie betonu zawsze trwały tak krótko.
czwartek, 10 listopada 2011
Słyszałem o tym koncercie legendy i przeinaczenia – jakoby to grał DEZERTER, albo że to oni byli suportem dla innego, bardzo znanego później toruńskiego zespołu, a to, że warszawscy punkowcy wywołali totalny szok na kieleckich ulicach. Ale przeglądając i czytając [bo i jedna, fotograficzna i druga, opowieściowa część tej książki są niesamowite] album „Generacja” Michała Wasążnika i Roberta Jarosza trafiłem na taką oto opowieść dotyczącą tegoż koncertu, który zespół DEUTER zagrał w naszym mieście:
PAWEŁ KELNER: Andrzej Ludew (…) chciał być naszym menadżerem i rzeczywiście załatwiał nam koncerty. Pojechaliśmy razem do Torunia, do nowej Odnowy, gdzie występował zespół Res Publica. Andrzej zgadał się z nimi i utrzymywał kontakt, ale nadal robił koncerty nam. Ludew zorganizował Deuterowi trasę Kielce i okolice, gdzie supportowała nas, już pod nową nazwą, Republika. Wkrótce Andrzej został jej menadżerem. (…) PAWEŁ KELNER: W stanie wojennym byliśmy z Deuterem w Kielcach. W hotelu restauracja była zamknięta. Byliśmy głodni, jedynym miejscem był dworzec. Wszędzie na ulicach wzmocnione patrole milicji. Poszliśmy z Czombem. Mieliśmy na głowie chirokezy, Czombe miał oczy i usta umalowane na czarno, ja byłem w brokatowym swetrze. Nie wyglądaliśmy jak z Kielc, ani w ogóle stąd. Oczywiście napatoczył się patrol milicyjno-wojskowy. Zaczęliśmy uciekać, Czombe gdzieś odszedł. Podeszli do mnie: dokumenty!, a ja nic. Oni: dowód osobisty! Masz jakieś dokumenty? Ja nic. Zgłupieli, pomyśleli, że nie jestem z Polski. Zaczęli: pasport! papier! Po chwili wyjąłem z kieszeni dowód osobisty. I było natychmiast: a żesz ty w kurwę jebany i pod ręce wyprowadzili mnie nie wiadomo gdzie. Nagle zobaczyłem białą postać, to był Andrzej Ludew: panowie, o co tu chodzi? To są artyści. Proszę bardzo plakaty: Republika, Deuter. Gramy jutro w Hali Sportowej. Milicjant powiedział do mnie: no, to ten wygląd to tak z muzyką związany?
sobota, 15 października 2011
Tak, to prawdziwa historia, opowieść konieczna do zapisania – Allen Ginsberg zawitał 25 lat temu do Kielc. Całą opowieść, lub przynajmniej jej część opowiadaną publicznie, można było usłyszeć w Pałacyku Zielińskiego na zdarzeniu "Skowyt i inne frazy Allana Ginsberga" w wykonaniu Teatru Promocji Poezji z Krakowa, w którym główną rolę narratora, odgrywał Szczęsny Wroński, recytujący, wykrzykujący i wyrywający sobie z gardła ginsbergowskie frazy przy naprawdę dobrze dobranej i świetnie wykonanej muzyce. Szczęsny Wroński to z kolei postać, która na pewno nadawałaby się na całkiem inną opowieść – część kielczan z kręgów kontrkultury może go pamiętać jako kierownika klubu „Pod Krechą” z lat 1986-87, gdy grały tam najsmaczniejsze wówczas kapele z undergroundu muzycznego z okolic punk rocka i zimnej fali.
Jeżeli ktoś nie kojarzy kim był Allen Ginsberg, można przywołać dla uściślenia przestrzeni twórczej, w której go można zlokalizować, inne nazwiska związane z kontrkulturą beatników, hipisów czy w ogóle fermentem społeczno-kulturowym z lat 60-tych w USA: Jack Kerouac, Ken Kesey, William S. Burroughs, Timothy Leary czy Bob Dylan. Ginsberg stał się w niektórych kręgach kultowym, mistycznym poetą i za swojego życia zawitał do Polski trzykrotnie właśnie w związku ze swoją poezją. Na tym niedawnym specyficznym spektaklu w Pałacyku Zielińskiego o jego wizycie sprzed ćwierć wieku w Kielcach opowiadali tłumacz jego twórczości Bogdan Baran i właśnie Szczęsny Wroński, który ćwierć wieku temu osobiście przywiózł czerwonym maluchem tegoż poetę z Krakowa, gdzie w teatrze miał spotkanie na temat swojej twórczości. W Kielcach zorganizowano na szybko spotkanie z Ginsbergiem w Pałacyku Zielińskiego, a zdarzyło się to 7 września 1986 roku. Kielce były zaledwie przystankiem na drodze autora do Warszawy, ale to wydarzenie naprawdę dużej miary jak na nasze miasto, i to akurat w tamtej ponurej epoce. W epoce szaro-brudno-czerwonego bóstwa, któremu mundurowi funkcjonariusze składali ofiary z radości i wolności, przyrodniego brata Molocha, o którym pisał w „Skowycie”:
Jaki sfinks z cementu i aluminium rozbił im czaszki i wyjadł mózg iwyobraźnię ? (…) „Skowyt” (fragm.) Inne utwory Ginsberga do poczytania TUTAJ, a fajnie skomponowana opowieść słowno-fotograficzna o tamtej wizycie tego amerykańskiego poety w Krakowie do obejrzenia i poczytania TUTAJ.
poniedziałek, 12 września 2011
SUBIEKTYWNA HISTORIA ZESPOŁU DOM MODY (1982-1985)
ŹRÓDŁO tekstu
niedziela, 11 września 2011
Polecam w ciemno wystawę, której wernisaż odbędzie się w Galerii „Lakiernia” 16.09.2011 o godz. 18 – „Szaro Czarnów” to fotograficzny obraz tej dzielnicy, która posiada od wielu lat swój nietypowy charakter. Charakter ten tworzą nie tylko mieszkańcy, ale i podejście miasta do tej dzielnicy, co można zaobserwować przechadzając się po tym miejscu i porównując do innych części Kielc. Autorzy o tej wystawie piszą tak: Obaj mieszkaliśmy na wielu kieleckich osiedlach, ale Czarnów jest inny . Od razu dostrzega się specyficzny urok tego miejsca. To zupełnie inny świat. Bloki są w większości komunalne, a więc nie należą do spółdzielni, ale do miasta. A mieszkańcy bloków socjalnych nadają sznyt i wpływają na postrzeganie tego osiedla. Te obrazy dokumentują naszą fascynację tym miejscem.
wtorek, 06 września 2011
Konieczny dodatek do poprzedniego wpisu o zespole K.Z.N.A., który pojawia się dzięki temu, że znowu, po raz kolejny, nieoceniony Broda podrzuca ze swojego [jak bardzo przepastnego?] archiwum pełne (chyba) zapisy koncertów tego zespołu.
Koncert „Pod Krechą” [całość TUTAJ] do odsłuchania lub pobrania Zegar Idee Fixe Ludzkość Blues Ballada o Tomku Miłość Nowy Agresor Przyszłość Koncert w Nowym Sączu [całość TUTAJ] do odsłuchania lub pobrania Diabełek Głowa Jaś nie doczekał Jeszcze Musisz iść Polska Tacy jak ty
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Nie za wiele mam do napisania o tym zespole, który w latach 80-tych grał w Busku Zdroju. Byłem na ich koncertach, które w Kielcach zagrali w klubie „Pod Krechą” w sezonie 1986/87 [a czy, gdzie i kiedy indziej jakieś inne? Nie wiem], z których po tylu latach niewiele jednak pamiętam. Jakiś czas temu dostałem od Brody niespodziankę w postaci jednego kawałka z ich koncertu w naprawdę niezłej jakości [i od razu ciśnie się pytanie – czy i gdzie są inne nagrania z tych świetnych koncertów z tegoż klubu?] i można go odsłuchać tutaj: W Kielcach na tym koncercie grali w składzie: Jabber, Cihy, Gała i Bolek. Inne istniejące nagrania mogą pochodzić z koncertu w Nowym Sączu, który 30.09.1989 zagrali razem z ZIMĄ i UOM, w składzie już bez Jabbera i to był koniec ich działalności. Niespodziewanie czyli zaskakująco na YouTube wyskoczył inny ich kawałek, niedawno zresztą tam podrzucony:
Dodatkowo dorzucam dwa kawałki, które najprawdopodobniej zamieszczone były na kasetowej składance "Winterdays I", wydanej przez podziemne wówczas wydawnictwo ZIMA, prowadzonego przez ludzi z nowosądeckiej kapeli o takiej samej nazwie Ich nazwa miała wiele rozwinięć i tłumaczeń [podobnie jak amerykański MDC] – „Komitet Zakładu Nowoczesnej Anarchii” czy „Koza Z Nosa Albatrosa”, ale ostatnio usłyszałem niesamowitą opowieść w jaki sposób ten zespół zdobył perkusistę. Zaczaili się bowiem przed próbą lokalnej bluesowej kapeli i zmusili ich perkusistę do grania z nimi punk rocka – w tamtych czasach bycie punkiem nie znało kompromisów, a punk jako groźna patologia mógł budzić obawy o zdrowie z kontakcie z jego przedstawicielami... Wokalista natomiast posiadał ponoć talent literacki, który pozwalał mu na pisanie wypracowań szkolnych trzynastozgłoskowcem.
środa, 06 lipca 2011
Przed Sądem Rejonowym w Kielcach rozpoczął się proces dotyczący zdarzeń, które miały miejsce w czasie zeszłorocznego kieleckiego marszu przeciw homofobii. Jednym z oskarżonych jest Mirosław G., radny powiatu z ramienia PiS i przy tej okazji podrzucam laurkę FMW, jaką, dosyć nieudolnie, napisano onegdaj i opublikowano na stronie Telegraf24. Tekst jest nudny i nijaki, nie wspominając o tym, że niewiele się z niego dowiadujemy, a szkoda. O wiele ciekawszy jest drugi tekst zamieszczony na tym samym portalu, wrzuciłem go poniżej [Mirosław Gębski wspomina o pobiciu przez "konkurencyjne ugrupowanie" - czy chodzi o NZM? Szkoda, że tak powierzchownie poruszone są pewne wątki, mam wrażenie, że ma sporo więcej do opowiedzenia]. Dla poszukujących odsyłam jeszcze na stronę FMW.
Świetokrzyskie FMW
czwartek, 02 czerwca 2011
Zdjęcia jak zwykle od nieocenionego Brody, który tamże zaśpiewał. Koncert odbył się na zburzonej niedawno scenie na placu Wolności, mam wszakże pewne wątpliwości co do daty zdarzenia - była bowiem zapewne cisza wyborcza, zdarzyło się to więc albo nie później niż 2 czerwca, albo jako feta po tym zdarzeniu. Z drugiej wersji rezygnuję, jestem zwolenikiem wersji wg nazewnictwa p. J. Szczepkowskiej [która ogłosiła, o naiwna, koniec komunizmu właśnie 4 VI 1989 roku], że był to ostatni koncert punkowy w komunistycznych Kielcach. Zapraszam do tańca! [tylko przy zdjęciach niestety...]
EDIT: [jako, że dopiski "Brody" do tego tekstu dają więcej iformacji o zdarzeniu, niż pierwota wersja wpisu, to wklejam je jako jego część, bo nie wszyscy czytają komentarze] "Jeśli dobrze pamiętam, to koncert odbył się w wigilię wyborów i miał nocną kontynuację pod Politechniką. Tam odbył się swoisty jam. Organizował to Komitet Obywatelski i występy poszczególnych kapel przedzielały spicze działaczy - Braun, Żak, jazzowy Stępień (wówczas też prezes oddziału PSJ Kielce). Na Placu zagrali wówczas : oraz Kamery - dwóch cichociemnych z okien organu czyli Słowa Ludu. A cały koncert otwierała gwiazda kieleckiej sceny metalowej - ARGER, chyba tak naprawdę jedyny w pełnym tego słowa znaczeniu metalowy zespół w Kielcach. Ani przedtem , ani potem ... W diabelskiej kamandzie grali : EDIT: jako dosyć nieoczekiwany bonus wpadły zdjęcia zespołu OCEAN i Sarandisa, które przy tej okazji koniecznie trzeba wrzucić:
Jako smakowity dodatek podrzucam dwa przepyszne muzyczne kąski: 2 kawałki z koncertu TZN XENNY, który odbył się w Kielcach w lutym 1987. Pamiętam z tego koncertu Zygzaka, nabijającego się właśnie z DEKRETu, który grał przed nimi, próbując rozgryźć ich nazwę: "Dekret?" "The Cret?" "Kret!". Z nagrań zresztą nieco słychać konwersacyjny klimat zdarzenia. Tak więc oto niesamowity landrynek [ach, no właśnie - poczęstował mnie nim Adam z WKG!], prosze usiąść i zasmakować [i wybaczyć mi nieznajomość tytułów kawałków]:
wtorek, 03 maja 2011
Chyba najlepszą zajawką tej książki jest to co autorka zaznaczyła w jej wstępie: jedną z przyczyn, dla których ją napisała było poszukiwanie powodów nieobecności „zjawisk wyjątkowych” w kieleckiej kulturze. Bo i ich nie było, możemy się zżymać, kręcić nosem, zgrzytać zębem, ale prowincjonalizm naszego miasta jest wpisany w jego historię i nawet Mity Wielkie w stylu Legionów Piłsudskiego nic tu nie zmienią. Ale do rzeczy, czyli o książce, która jest przede wszystkim bardzo dobrze i ciekawie napisana, jak dla mnie to złożony i bogaty zbiór wiedzy o tej dziedzinie z życia miasta, zawiera bowiem historie dotyczące działalności teatralnej, literackiej i wydawniczej, muzycznej, kinowej, a także ważne wątki o stosunku władz miejskich i samej społeczności kieleckiej do tych inicjatyw.
Mimo iż książka opisuje lata 1918-39, to pojawia się trochę historii wcześniejszych, jak np. o niechęci kieleckich mieszczan do utrzymywania szkoły elementarnej po wejściu w życie przepisu z 1817 roku. Gdy nie udało im się uniknąć tego obowiązku, próbowali rozłożyć koszta utrzymania szkoły na okoliczne wioski, ale to też im się nie udało. Z kolei początki teatru to gościnne występy trup dramatycznych od początku XIX wieku, a ich przedstawienia odbywały się w siedzibie wójtostwa, domu zajazdowym Lardellego i Hotelu Europejskim. Po zbudowaniu teatru w 1878 roku wciąż był on tylko miejscem dla występów zespołów z innych miast, choć repertuar był i bogaty, i na dosyć wysokim poziomie. Miasto ogólnie jednak było twardą konserwą, czego doświadczył S. Żeromski w 1896 roku, gdy przyjechał do Kielc na kilka tygodni, próbując założyć gazetę codzienną, lub zreformować „Gazetę Kielecką”, by podnieść jej poziom kulturalny, ale nie udało mu się ani jedno, ani drugie. Zresztą kilka innych prób wydawania gazety o większych ambicjach niż „GK” się nie powiodło, pisma te nie ukazywały się dłużej niż 2 lata, skutecznie podcinane przez konserwatywne środowisko skupione wokół redakcji tego dziennika. W latach 20-tych miasto borykające się z problemami finansowymi nie umiało znaleźć pieniędzy na dotacje dla inicjatyw kulturalnych [jak teatr czy biblioteki], rezerwując w swoim budżecie zaledwie 0,1% na takie wydatki. Pod koniec lat 20-tych zwiększono tą część budżetu do 0,36%, z czego najwięcej szło na subwencję dla salezjanów [kursy rzemieślnicze], reszta np. dla Muzeum Krajoznawczego czy remonty klasztoru na Karczówce i kościoła Mariackiego w Krakowie. Potem wraz z kryzysem w latach 30-tych kwota na kulturę w budżecie zmalała nawet do 0,06%, co praktycznie było dotacją tylko dla Muzeum Krajoznawczego. W 1922 roku Rada Miejska uchwaliła „Statut o podatku od widowisk, koncertów i zabaw publicznych w Kielcach”, zatwierdzony przez MSW i zmodyfikowany w 1932 roku, ale ta modyfikacja pozwalała opodatkować niemal każde zdarzenie publiczne, aż do „deklamacji i recytacji”. Potem wprowadzono jeszcze dodatkowe przymusowe świadczenia na PCK i bezrobotnych i były one nieodwołalne, bowiem od zwyczajowego podatku można było uzyskać zwolnienie lub zniżkę, jeżeli zostało zaakceptowane przez urzędników miejskich, co zazwyczaj zdarzało się dla występów amatorskich lub charytatywnych. Miasto nie miało litości natomiast dla kinematografów, które były obłożone przez pewien czas nawet 60% podatkiem, potem go zryczałtowano, a następnie ujednolicono w całym kraju uzależniając od poziomu filmu [by „chronić widzów przed zalewem zagranicznej tandety”]. Jednak w tamtym czasie mimo tego fiskalnego ciśnienia działały nawet 4 kina, a dla porównania dzisiaj - 2 i pół [WDK jako ta ½]. Problem braku dotacji był dotkliwy szczególnie dla bibliotek, co odczuło np. kieleckie Towarzystwo Biblioteki Publicznej, utrzymujące się wyłącznie ze składek członków i opłat abonentów. Jednak nie posiadając własnego lokalu udało się jej funkcjonować na w miarę znośnym poziomie, gromadząc w 1935 roku prawie 25 tys. tomów, choć była raczej wypożyczalnią książek dla emerytów i młodzieży [przy czym prawie 70% czytelników to były kobiety], choć także mobilną – posiadała bowiem sieć ruchomych kompletów książek na terenie i Kielc, i województwa. Oprócz TBP istniało jeszcze osiem innych bibliotek będących własnością stowarzyszeń czy organizacji [w tym policyjna czy żydowska]. Dosyć widocznym zjawiskiem była cenzura wydawnictw kieleckich, najbardziej dostrzegalna po zamachu majowym w 1926 roku. Szczególnym jej celem było pismo „Ojczyzna” wydawane przez Stronnictwo Narodowe [wcześniej Związek Ludowo-Narodowy, na naszym terenie popierane i dofinansowywane przez kurię biskupa Łosińskiego, nieprzychylnego Piłsudskiemu], zamknięte ostatecznie w 1931 roku. Antysemicka, antykomunistyczna i po przewrocie majowym antyrządowa ukazywała się często z białymi plamami zamiast artykułów, bądź wręcz jej nakład był aresztowany. Ponowny wzrost ingerencji cenzury można było zauważyć po 1935 roku, kiedy cenzurowano gazety bez względu na ich opcje polityczną – „Kielcer Cajtung”, „Ilustrowany Express Codzienny”, „Zew Proletariatu” czy „Express Codzienny 5 gr”, a przyczyną był druk informacji uznanych za „nie odpowiadających rzeczywistemu stanowi rzeczy i mogących wywołać niepokój publiczny”, co skutkowało konfiskatą wydania gazety; zazwyczaj chodziło o lokalne informacje, jednak „Express Codzienny” zajęto za artykuł o Berezie Kartuskiej. Z kolei władze dotowały niektóre gazety w sposób nieoficjalny, wykupując w nich ogłoszenia urzędowe – co zrozumiałe opozycyjne tytuły takich zleceń nie dostawały. Działalność katolickich środowisk w zakresie kultury była raczej znikoma, a działająca od lat 30-tych Akcja Katolicka oprócz sporadycznych odczytów czy projekcji okazywała marginalną aktywność w tym temacie, mimo szerokiego, zdawałoby się, poparcia i wysokich nakładów pism religijnych i parafialnych. Jedną z zapamiętanych przeze mnie historii było zaangażowanie się AK w protest „w sprawie nieprzyzwoitych wystąpień Polskiego Radia (bezwstydne piosenki obrażające moralność publiczną, przedrzeźnianie Pisma Świętego w reklamie loterii państwowej, wtrącanie „Jezus Maria” do nieprzyzwoitej śpiewki)”. Ciekawą historię tworzyły Uniwersytety Robotnicze – nawet wspomniana Akcja Katolicka próbowała zawiązać Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy. Przez rok zaledwie istniał Uniwersytet Robotniczy im A. Skwarczyńskiego , utworzony w 1934 roku przez działaczy BBWR, mający propagować „ideologię Nowej Polski zrodzonej z czynu legionowego”. Rada Okręgowa Związku Związków Zawodowych na chwilę zaledwie zainicjowała Robotniczy Instytut Oświaty i Kultury im. S. Żeromskiego, mający stanowić konkurencję dla TUR tworzonego przez PPS. Ten ostatni natomiast był i ciekawym, i pełnym aktywności kawałkiem historii naszego miasta. Towarzystwo Uniwersytetów Robotniczych powstało w Kielcach w 1924 roku, a sekcja sceniczna lokalnego oddziału cyklicznie, co roku, na 1 maja wystawiała politycznie zaangażowany spektakl [„Czerwony Wiedeń” czy „Śmierć Okrzei” – swoją drogą intrygujące tytuły], wystawiając też spektakle przy innych okazjach, a zyski z przedstawień przeznaczając na oświatę robotniczą. W naszym mieście były też sekcje TUR: polityczna, śpiewacza, orkiestra dęta, orkiestra smyczkowa. Chór i orkiestra obecne były oczywiście przy uroczystościach i akademiach, odbywało się też sporo odczytów. Niemal zerową aktywność oświatowo-kulturalną wykazywały stowarzyszenia „Sokół” i „Strzelec”, tym bardziej, że ten drugi dysponował swoim lokalem, w którym nic się nie działo. Kielecka społeczność żydowska, mimo tego, że dość liczna i z niemałą ilością organizacji, które statutowo miały zajmować się działalnością kulturalną, to niewiele w tym kierunku poczyniła. Największe efekty można przypisać stowarzyszeniu „Tarbut”, które choćby zorganizowało bibliotekę z 7000 tomów w różnych językach; zajmowali się też odczytami, przedstawieniami amatorskimi i kursami języka hebrajskiego. Podejście kielczan do twórczości artystycznej próbowało zmienić Towarzystwo Miłośników Sztuki, oficjalnie zawiązane w 1923 roku, ale pierwsze próby edukacji artystycznej podejmowali już w 1920 roku. Przez kilkanaście lat usiłowali krzewić kulturę w dziedzinie śpiewu, teatru amatorskiego, muzyki i malarstwa, osiągając w pewnym okresie nawet liczbę 200 członków, choć trudno mówić też o ich aktywności, gdy organizowane przez nich spektakle czy wystawy oglądane były przez garstkę widzów. Ale za to trzeba przyznać, że ogólnie życie teatralne w Kielcach było dosyć urozmaicone, bo nawet nie ogarnąłem z tej książki ile tak naprawdę było działających zespołów teatralnych w ciągu tego dwudziestolecia. Od 1918 do 1922 w samym budynku kieleckiego teatru przewinęło się 7 zespołów i tyluż dyrektorów. Od 1922 roku kierownikiem zespołu teatralnego został ambitny Dante Baranowski, który próbował urozmaicić program teatru, przemycając od czasu do czasu ambitniejsze spektakle, ściągając specjalnie aktorów z dużych ośrodków teatralnych. Ta aktywność nie przekładała się jednak podobno na gust kieleckiej publiczności - „tak przywykła do kina, kart i próżniactwa, że chętnie jeszcze oglądała wodewile, komedii już nie”, i choć dzięki swojemu uporowi Baranowski pozyskał dotację od Rady Miejskiej, przekonując ją np. zniżkowymi przedstawieniami dla młodzieży, to przetrwał tylko 2 sezony. Potem, aż do 1939 roku, było podobnie – ciągle zmieniające się zespoły i ich kierownicy, czasem rywalizacja dwóch scen teatralnych istniejących równolegle [co przy problemach finansowych teatru było dosyć zaskakujące], niezbyt ambitny dobór repertuaru, migracje aktorów, kłopoty finansowe przy niewielkiej i nieregularnej pomocy miasta. Zaskakiwało jednak coś innego – każdy z tych zespołów w sezonie wystawiał nawet kilkanaście sztuk! Oprócz zawodowych zespołów odbywały się przedstawienia szkolnych zespołów, anemicznie, ale stale funkcjonowały teatry „Strzelca” i „Sokoła”, no i wspomniane koło dramatyczne TUR. Wielokrotnie też kielecka publiczność mogła oglądać gościnne występy grup teatralnych z innych miast, czasem z naprawdę wartościowym repertuarem, choć zazwyczaj były to jednak sztuki „zatrącające o tandetę”. W 1930 roku wystawiano kontrowersyjną sztukę „Cjankali”, którą najpierw oprotestowano w „Gazecie Kieleckiej” [sztuka ta propaguje praktyki wysoce niemoralne, przez co jest niezmiernie szkodliwą dla Państwa i Rodziny, a przytem stanowi poważne niebezpieczeństwo dla naszej młodzieży przynęconej reklamą i barwnemi afiszami], a potem już na sali teatralnej obrzucono aktorów jajkami z okrzykiem „precz ze sztuką bolszewicką!”. Tak czy inaczej teatr w Kielcach był nawet tętnił życiem, czego nie można powiedzieć o innych działkach kultury [oczywiście oprócz kinematografów]. Pewną perełką było czasopismo „Radostowa”, powstałe jako dwutygodnik w 1936 roku, którego redaktorem był Jan Pzadur, mocno promujące regionalizm i publikujące materiały o kulturze na wysokim poziomie. Tematycznie były to historia miasta i regionu, folklor [w tym starania o zachowanie gwary ludowej] i obyczaje ludowe, turystyka i krajoznawstwo, kronika życia kulturalnego miasta czy promocja literatury, ale po 3 latach trudno opisać ich wpływ na kieleckie środowisko inteligencji czy kulturalne. Autorka podsumowuje to kulturalne dwudziestolecie mniej więcej tak: jak na kilkudziesięciotysięczną siedzibę województwa „było cokolwiek zapóźnione”. [Marta Pawlina-Meducka „Życie kulturalne Kielc 1918-1939”, KTN/PWN Warszawa – Kraków 1983]
wtorek, 29 marca 2011
Prawie się oblizałem, gdy zobaczyłem gdzieś notkę, że ukazała się książka Jakuba Porady „Chłopaki w sofiach”, bo choć nie łudziłem się zbytnio co do jej wartości literackiej, to cieszyłem się na zawartość sentymentalną i faktograficzną. Porada jest teraz [sądząc z notki na okładce] dziennikarzem TVN i TVN24, ale nie wiem, nie widziałem, nie oglądam…
Pamiętam go nawet dobrze, właśnie z pewnego odcinka tych czasów, które opisuje, bo choć nie znałem go osobiście, to był to taki okres dziejów, gdy nie używając portali społecznościowych wiedziało się o ludziach ze szkoły czy z okolic choć trochę. A spędzając czas na włóczeniu się po mieście, a nie na siedzeniu przed komputerem, widziało się na własne oczy to i owo. Poza tym wielokrotnie przewija się w książce postać Puzona, człowieka, który był jedną z pierwszych istotnych subkulturowych postaci ówczesnych Kielc w mojej percepcji. Książka jest o tej szkole, o tych nauczycielach, o tych miejscach, o tych wspomnieniach konsumpcyjnych i sytuacyjnych i po prostu o tych czasach, które tkwią i w mojej pamięci, a są wciąż niedopisane i na szczęście przyznaję, że z tym przywołaniem z otchłani zapomnienia poradził sobie doskonale.
Autor powołuje się na Grzesiuka na okładce i tworzy opowieść zbliżoną do pomysłu, który uczynił „Boso, ale w ostrogach” świetną literaturą, ale nie stara się chyba dorównać tej epickiej wielkości, tylko opowiedzieć o tych niesamowitych, z dzisiejszej perspektywy, czasach późnego PRLu w młodzieżowym i osiedlowym spojrzeniu. Dla wielu pewnie już niezrozumiałych, co zresztą przewija się w wielu recenzjach. Jest tu też na szczęście wiele przesmacznych kieleckich opowiastek muzycznych – o ówczesnych fascynacjach, inspiracjach i ponurej rzeczywistości, która tylko najbardziej upartym, lub największym lizodupom pozwalała tworzyć muzykę. I chyba nic pośredniego nie było w tej pustyni domów kultury. Kuba Porada wraz z Puzonem [dzisiaj znanym jako Dege] należeli do tych „niezłomnych”, którzy walczyli o prawo do własnych dźwięków i o tym są te banalne z pozoru opowieści z historii PARAGRAFU X. Jest też kilka innych ciekawych i ważnych wątków, bo pojawiają się też wspominki, lub kilka dłuższych zdań o innych muzycznych kieleckich zjawiskach: DOM MODY i Witek Gąska; Soszka i Dziadek [lub Socha i Dziadzia w wersji mi znanej] zaczynający w kapeli SĄ GORSI, która później wyewoluowała w JAKIM PRAWEM; DEKRET jeszcze z Żarówą na wokalu i ich bezkompromisowy wizerunek; KRAMER z bluesem, który nie pasował do Kielc.
Sam język opowieści jest barwny, bo autor sypie powiedzonkami, przypowieściami, anegdotami i lawiruje opowiadając wiele historyjek skierowanych jak alejki na KSM w różnych kierunkach, więc czyta się po prostu dobrze i co najważniejsze, ta proza sprawia naturalne wrażenie, bez napinki i udawania, a ja wiem, że jest prawdziwa na tyle, na ile pamięć pozwala. Książka jest przesmaczna dla kielczan z okolic KSM, a ogółem po prostu dobra.
Prawie się oblizałem, gdy zobaczyłem gdzieś notkę, że ukazała się książka Jakuba Porady „Chłopaki w sofiach”, bo choć nie łudziłem się zbytnio co do jej wartości literackiej, to cieszyłem się na zawartość sentymentalną i faktograficzną. Porada jest teraz [sądząc z notki na okładce] dziennikarzem TVN i TVN24, ale nie wiem, nie widziałem, nie oglądam…
Pamiętam go nawet dobrze, właśnie z pewnego odcinka tych czasów, które opisuje, bo choć nie znałem go osobiście, to był to taki okres dziejów, gdy nie używając portali społecznościowych wiedziało się o ludziach ze szkoły czy z okolic choć trochę. A spędzając czas na włóczeniu się po mieście, a nie na siedzeniu przed komputerem, widziało się na własne oczy to i owo. Poza tym wielokrotnie przewija się w książce postać Puzona, człowieka, który był jedną z pierwszych istotnych subkulturowych postaci ówczesnych Kielc w mojej percepcji. Książka jest o tej szkole, o tych nauczycielach, o tych miejscach, o tych wspomnieniach konsumpcyjnych i sytuacyjnych i po prostu o tych czasach, które tkwią i w mojej pamięci, a są wciąż niedopisane i na szczęście przyznaję, że z tym przywołaniem z otchłani zapomnienia poradził sobie doskonale. Autor powołuje się na Grzesiuka na okładce i tworzy opowieść zbliżoną do pomysłu, który uczynił „Boso, ale w ostrogach” świetną literaturą, ale nie stara się chyba dorównać tej epickiej wielkości, tylko opowiedzieć o tych niesamowitych, z dzisiejszej perspektywy, czasach późnego PRLu w młodzieżowym i osiedlowym spojrzeniu. Dla wielu pewnie już niezrozumiałych, co zresztą przewija się w wielu recenzjach. Jest tu też na szczęście wiele przesmacznych kieleckich opowiastek muzycznych – o ówczesnych fascynacjach, inspiracjach i ponurej rzeczywistości, która tylko najbardziej upartym, lub największym lizodupom pozwalała tworzyć muzykę. I chyba nic pośredniego nie było w tej pustyni domów kultury. Kuba Porada wraz z Puzonem [dzisiaj znanym jako Dege] należeli do tych „niezłomnych”, którzy walczyli o prawo do własnych dźwięków i o tym są te banalne z pozoru opowieści z historii PARAGRAFU X. Jest też kilka innych ciekawych i ważnych wątków, bo pojawiają się też wspominki, lub kilka dłuższych zdań o innych muzycznych kieleckich zjawiskach: DOM MODY i Witek Gąska; Soszka i Dziadek [lub Socha i Dziadzia w wersji mi znanej] zaczynający w kapeli SĄ GORSI, która później wyewoluowała w JAKIM PRAWEM; DEKRET jeszcze z Żarówą na wokalu i ich bezkompromisowy wizerunek; KRAMER z bluesem, który nie pasował do Kielc. Sam język opowieści jest barwny, bo autor sypie powiedzonkami, przypowieściami, anegdotami i lawiruje opowiadając wiele historyjek skierowanych jak alejki na KSM w różnych kierunkach, więc czyta się po prostu dobrze i co najważniejsze, ta proza sprawia naturalne wrażenie, bez napinki i udawania, a ja wiem, że jest prawdziwa na tyle, na ile pamięć pozwala. Książka jest przesmaczna dla kielczan z okolic KSM, a ogółem po prostu dobra. EDIT: na okładce zdaje się, że jest znaczny błąd - wg. moich informacji autor jest z rocznika 1969, a nie jak opublikowali z 1963 roku.
niedziela, 27 lutego 2011
Dawno, dawno temu, być może po tym, gdy uświadomiłem sobie, że Toporowski oprócz ulicy o swoim imieniu, ma także tablicę na liceum im. Śniadeckiego, chciałem doczytać o tym lokalnym bohaterze cokolwiek, by wiedzieć, co mu zawdzięczamy, ale… No właśnie, ciężko coś wygooglować o nim, a doczytać w książkach też słabo, bo niby gdzie? Nawet trzytomowa cegła „Historia polskiego ruchu robotniczego” w tomie 1918-1939 milczy o naszym kieleckim bohaterze. Jest kilka zdań o Toporowskim u Jerzmanowskiego w książce „W starych Kielcach” [np. o jego zniesmaczeniu, gdy po zamachu na ministra spraw wewnętrznych Pierackiego w 1934 roku został aresztowany i umieszczony w komisariacie razem z przedstawicielami prawicowej opozycji], ale poza tym nawet u Naumiuka w jego ciekawych w sumie książkach o kieleckiej lewicy przedwojennej jakoś mi się nie objawił. Skoro był takim bohaterem, to czemu tak słabo opisanym? Jak to się stało, że w 1956 roku uchwałą Rady Miejskiej Kielc z 1956 roku przejął ulicę po marszałku [nie wiem którym - wcześniej ulica nazywała się Marszałkowska], a nie można niemal nic o nim znaleźć? Komu i kiedy podpadł? Był w końcu tym „złym” [antysowieckim] czy „dobrym” komunistą?
Koniec końców w moje ręce dosyć niespodziewanie wpadła książka Władysława Rogali „Ich walka. Sylwetki rewolucjonistów kieleckich” i ostatni jej rozdział poświęcony jest właśnie Toporowskiemu. Oprócz niego opisane są jeszcze żywoty Kazimierza Czyża, Władysława Jaworskiego, Stanisława Lachtara, Józefa Mitala, Antoniego Ratusińskiego i Bronisława Spychaja i jest to dosłownie nowożytna hagiografia, budowanie mitu z niczego, udowadnianie ówczesnym dołom partyjnym, że czerwony system nie został przywieziony ze wschodu, tylko był budowany przez prostych rewolucjonistów z krwi i kości. Niestety średnio to wyszło, to jedna z najgorszych książek, jakie czytałem, zmęczyłem ją w prawdziwych boleściach. Nic z niej nie wynika, pominięta jest całkowicie lewica niekomunistyczna, a bohaterowie z tej książki to jakieś marginalne postacie, lub raczej postacie z marginalnego ugrupowania. A wracając do Toporowskiego, to jego hagiografa rozpoczyna się tak:
„Mały Staś nie był dzieckiem proletariackim, nie wiedział co to jest drżeć z zimna i głodu”. Wzruszające, prawda? „Rodzice, postępowi inteligenci, od wczesnej młodości dbali o to, by syn wzrastał w odpowiedniej atmosferze kulturalnej…” Nie, dość cytatów, bolą oczy od tego. Urodził się w 1903 roku w Pińczowie, z rodzicami niedługo potem przeniósł się do Kielc. Tu uczęszczał do gimnazjum, którego kontynuatorem jest dziś liceum im. Śniadeckiego [stąd ta tablica przy wejściu], w którym współtworzył kółko samokształceniowe „Dążę do wiedzy”. W 1921 roku zaplątał się w organizację o nazwie Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej – Lewica i stanął na jej czele. Ze względu na swój antyklerykalizm [„światopogląd materialistyczny”] podpadli „kurii, proboszczom oraz całej rzeszy dewotów z bractw różańcowych”, którzy wymusili na władzach wojewódzkich rozwiązanie tej organizacji [krok do świętości nr.1]. Przeniósł się do Krakowa, gdzie studiował na UJ, potem przeniósł się do Warszawy na inne studia, z powodu szykan na krakowskiej uczelni [krok do świętości nr.2]. W stolicy jednak też długo nie zagrzał miejsca, bo ze względu na prowadzoną działalność [niestety, autor nie pisze nic o jej szczegółach] zaczął mieć problemy z policją [krok do świętości nr.3] i przeniósł się na inne studia, tym razem do Poznania, by przerwać je po roku. Około 1929 roku powrócił do Kielc, gdzie próbuje znaleźć pracę w urzędzie, ale opinia wywrotowca idzie za nim i pracy nie dostaje, a niedługo potem zostaje aresztowany wraz z innymi komunistami. W 1930 roku odbyła się rozprawa, skazująca go na 4 lata więzienia [krok do świętości nr.4]. W 1934 roku wychodzi z więzienia i zaczyna ostro działać – tak przynajmmniej można sądzić z treści odezw, które są kolportowane wśród robotników i chłopów. Dla zainteresowanych, masochistów lub fetyszystów jedna z nich TUTAJ. W 1936 roku zostaje powołany na sekretarza Komitetu Okręgowego Komunistycznej Partii Polski w Kielcach [krok do świętości nr.5]. W 1936 roku decyduje się na wyjazd do Hiszpanii, co nie okazało się wcale takie łatwe: poszedł na piechotę do granicy z Czechosłowacją, ale go złapali i odstawili do Kielc. Ponownie wyruszył pieszo i dotarł do granicy czechosłowacko-austriackiej, ale ponownie go złapali, aresztowali i odstawili do Polski. Nie poddawał się jednak i za trzecim razem, po kilkunastu dniach pieszej wędrówki dotarł do Wiednia [pielgrzymki - krok do świętości nr.6], skąd dotarł już do Paryża, a stamtąd do Hiszpanii. Tam pełnił funkcję komisarza politycznego w batalionie im. Adama Mickiewicza [Wikipedia, jak widać, go nie uwzględnia, TUTAJ też go nie ma] w międzynarodowej Brygadzie im. Jarosława Dąbrowskiego. W bitwie pod Estramadurą zostaje ranny w nogę [krok do świętości nr.7] i ląduje w szpitalu polowym w Barcelonie, potem wyjeżdża do Francji. Po wybuchu wojny włącza się w ruch oporu, a w 1942 roku zostaje złapany przez gestapo z legitymacją partyzancką FFI i zabity. Zostaje świętym komunistycznym. Amen.
Dawno, dawno temu, być może po tym, gdy uświadomiłem sobie, że Toporowski o ksywie "Włodek" oprócz ulicy o swoim imieniu, ma także tablicę na liceum im. Śniadeckiego, chciałem doczytać o tym lokalnym bohaterze cokolwiek, by wiedzieć, co mu zawdzięczamy, ale… No właśnie, ciężko coś wygooglować o nim, a doczytać w książkach też słabo, bo niby gdzie? Nawet trzytomowa cegła „Historia polskiego ruchu robotniczego” w tomie 1918-1939 milczy o naszym kieleckim bohaterze. Jest kilka zdań o Toporowskim u Jerzmanowskiego w książce „W starych Kielcach” [np. o jego zniesmaczeniu, gdy po zamachu na ministra spraw wewnętrznych Pierackiego w 1934 roku został aresztowany i umieszczony w komisariacie razem z przedstawicielami prawicowej opozycji], ale poza tym nawet u Naumiuka w jego ciekawych w sumie książkach o kieleckiej lewicy przedwojennej jakoś mi się nie objawił. Skoro był takim bohaterem, to czemu tak słabo opisanym? Jak to się stało, że w 1956 roku uchwałą Rady Miejskiej Kielc przejął ulicę po marszałku [nie wiem którym - wcześniej ulica nazywała się Marszałkowska], a nie można niemal nic o nim znaleźć? Komu i kiedy podpadł? Był w końcu tym „złym” [antysowieckim] czy „dobrym” komunistą? Koniec końców w moje ręce dosyć niespodziewanie wpadła książka Władysława Rogali „Ich walka. Sylwetki rewolucjonistów kieleckich” i ostatni jej rozdział poświęcony jest właśnie Toporowskiemu. Oprócz niego opisane są jeszcze żywoty Kazimierza Czyża, Władysława Jaworskiego, Stanisława Lachtara, Józefa Mitala, Antoniego Ratusińskiego i Bronisława Spychaja i jest to dosłownie nowożytna hagiografia, budowanie mitu z niczego, udowadnianie ówczesnym dołom partyjnym, że czerwony system nie został przywieziony ze wschodu, tylko był budowany przez prostych rewolucjonistów z krwi i kości. Niestety średnio to wyszło, to jedna z najgorszych książek, jakie czytałem, zmęczyłem ją w prawdziwych boleściach. Nic z niej nie wynika, pominięta jest całkowicie lewica niekomunistyczna, a bohaterowie z tej książki to jakieś marginalne postacie, lub raczej postacie z marginalnego ugrupowania. A wracając do Toporowskiego, to jego hagiografa rozpoczyna się tak:
„Mały Staś nie był dzieckiem proletariackim, nie wiedział co to jest drżeć z zimna i głodu”. Wzruszające, prawda? „Rodzice, postępowi inteligenci, od wczesnej młodości dbali o to, by syn wzrastał w odpowiedniej atmosferze kulturalnej…” Nie, dość cytatów, bolą oczy od tego. Urodził się w 1903 roku w Pińczowie, z rodzicami niedługo potem przeniósł się do Kielc. Tu uczęszczał do gimnazjum, którego kontynuatorem jest dziś liceum im. Śniadeckiego [stąd ta tablica przy wejściu], w którym współtworzył kółko samokształceniowe „Dążę do wiedzy”. W 1921 roku zaplątał się w organizację o nazwie Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej – Lewica i stanął na jej czele. Ze względu na swój antyklerykalizm [„światopogląd materialistyczny”] podpadli „kurii, proboszczom oraz całej rzeszy dewotów z bractw różańcowych”, którzy wymusili na władzach wojewódzkich rozwiązanie tej organizacji [krok do świętości nr.1]. Przeniósł się do Krakowa, gdzie studiował na UJ, potem przeniósł się do Warszawy na inne studia, z powodu szykan na krakowskiej uczelni [krok do świętości nr.2]. W stolicy jednak też długo nie zagrzał miejsca, bo ze względu na prowadzoną działalność [niestety, autor nie pisze nic o jej szczegółach] zaczął mieć problemy z policją [krok do świętości nr.3] i przeniósł się na inne studia, tym razem do Poznania, by przerwać je po roku. Około 1929 roku powrócił do Kielc, gdzie próbuje znaleźć pracę w urzędzie, ale opinia wywrotowca idzie za nim i pracy nie dostaje, a niedługo potem zostaje aresztowany wraz z innymi komunistami. W 1930 roku odbyła się rozprawa, skazująca go na 4 lata więzienia [krok do świętości nr.4]. W 1934 roku wychodzi z więzienia i zaczyna ostro działać – tak przynajmmniej można sądzić z treści odezw, które są kolportowane wśród robotników i chłopów. Dla zainteresowanych, masochistów lub fetyszystów jedna z nich TUTAJ. W 1936 roku zostaje powołany na sekretarza Komitetu Okręgowego Komunistycznej Partii Polski w Kielcach [krok do świętości nr.5]. W 1936 roku decyduje się na wyjazd do Hiszpanii, co nie okazało się wcale takie łatwe: poszedł na piechotę do granicy z Czechosłowacją, ale go złapali i odstawili do Kielc. Ponownie wyruszył pieszo i dotarł do granicy czechosłowacko-austriackiej, ale ponownie go złapali, aresztowali i odstawili do Polski. Nie poddawał się jednak i za trzecim razem, po kilkunastu dniach pieszej wędrówki dotarł do Wiednia [pielgrzymki - krok do świętości nr.6], skąd dotarł już do Paryża, a stamtąd do Hiszpanii. Tam pełnił funkcję komisarza politycznego w batalionie im. Adama Mickiewicza [Wikipedia, jak widać, go nie uwzględnia, TUTAJ też go nie ma] w międzynarodowej Brygadzie im. Jarosława Dąbrowskiego. W bitwie pod Estramadurą zostaje ranny w nogę [krok do świętości nr.7] i ląduje w szpitalu polowym w Barcelonie, potem wyjeżdża do Francji. Po wybuchu wojny włącza się w ruch oporu, a w 1942 roku zostaje złapany przez gestapo z legitymacją partyzancką FFI i zabity. Zostaje świętym komunistycznym. Amen. ![]()
piątek, 21 stycznia 2011
O przypadkach City Skyline :
----
Jechaliśmy do Jarocina w 1988 jako dwa zespoły z Kielc tj. Dekret i City Skyline.
Obydwa zakwalifikowane.
W zgłoszeniu Dzedzej użył jakiś dziwacznych szybko wymyślonych pseudonimów dla grajków, aby nie kojarzono zbytnio obydwu kapel. Miał nosa.
City Skyline do konkursu na Małą Scenę , Dekret na traktor. ( Panki nie pagibnut ! )
Zagraliśmy każdy swoje, City na małej scenie nawet przyzwoicie.
Jakieś dziewczynki i chłopaczki się pokiwali , słoneczko ,sielanka , nastrój , wyciągnięty sweter , 100 % normy.
I muzyka się spodobała warsiawiakom :)
Na tyle że, radio festiwalowe przeprowadziło z zespołem wywiad , i popuszczało trochę muzyki czeriez radiopriomnik.
Wywiad w polowej redakcji.
A ponieważ było tam ciasnawo, to wykopano na spicz tylko moją skromną osobę.
Udzielałem wywiadu dla Rozgłośni Harcerskiej ( Radio Nieprzemakalnych ?) jako City Skyline i dokładnie w tym czasie ogłoszono wyniki głosowania publiczności.
Jak wiesz , albo i nie , mieli stanowisko na lewo od wejścia na stadion, i nadawałi on-line .
W trakcie rozmowy i ochami i achami nad City Skyline do kabiny wdarł się Stona - załatwiacz zespołowy Dekretu i rozdarł ryja , że Dekret , i wogóle , super , sława kariera pieniądze samochody dziewczyny wódka i to samo od nowa dwa razy proszę ..
Ja wywołałem konsternację drąc kopiarę wniebogłosy i wyrażając zadowolenie gębą i ciałem całym z elementami tańca erotycznego.
No całym to chyba przesada, bo jeśli się nie mylę to kontrolowałem jeszcze wtedy zwieracz i nie zawarczałem odbytem z radości.
Dziennikarka, chyba Bożena Sitek a może ktoś inny ( napisałem że ona, bo to zawsze była Sitek albo Sito ), nic nie rozumiejąc próbowała ratować sytuację. Wyjaśniło się , że to też " nasza kamanda" i raczej była zdziwiona. City bardziej pasowało do ugłaskanych Harcerzy i jej stajni muzyczno - melodycznej .
Dekret bee , nie umieją grać ani śpiewać, była bliska prawdy.
---
W 1989 zagrali na festiwalu Rock Meeting w Rzeszowie, zostali laureatami festiwalu , zdobyli II nagrodę. II nagroda to była druga nagroda, i już
( jak przystało na nagrodę, nie miała żadnych atrybutów materialnych).
- Jedyną nagrodą ufundowaną przez Resovian, była możliwość skopania jakiegoś pijanego debila, który przez kilka godzin terroryzował i pacyfikował nabitą salę.
Tak była wówczas moda, że na koncertach zawsze jakiś półmózg chciał być gwiazdą.
Jego oczkiem w głowie było polowanie na pokulone małe dziewczynki, lub bogu ducha winnych wylęknionych punków .Wszyscy umykali po kątach, a jemu co chwila udawało się kogoś kopnąć lub uderzyć.
Nieźle mu szło , do czasu.
Ponieważ już został lokalną gwiazdą festiwalu , dużo ważniejszą od występujących muzyków, postanowił też odbyć wyprawę po ich garderobach. No kurwa przecież on tu rządzi ...
Pech chciał , że wtargnął do naszej z pianą na gębie, i oczywiście zrobił zamach na naszą piękną kobietę Beatę.
Jakie było jego zdziwienie, nie wiem , bo chyba nie zdążył się zdziwić.
Miał pecha.
Trafił w trzech piątych na zaprawionych w bojach załogantów.
Dość powiedzieć, że ochrona imprezy chciała nas zatrudnić na stałe etaty.
----
Sznurek z zębów tego lokalnego zwierza , nosimy do dzisiaj, jako amulety.
Warto było, fajny ten festiwal w Rzeszowie był :)) -
------
Nagrania z Izabelina to miała być demówką dla wydawnictw muzycznych.
Nagrana została przez skład wymieniony, ale wówczas już nie koncertowaliśmy , a próby odbywały się jedynie na potrzeby nagrania.
Projekt jako spuścizna po City Skyline , miał nazywać się FIODOR.
I pod tą nazwą był kilkakrotnie puszczany w ogólnopolskim radio, między innymi w Trójce oraz Radio dla Ciebie , może też innych , nie pamiętam.
Nagrania zostały sfinansowane przez sympatyka zespołu, Andrzeja Kopczyńskiego , z którym zawarliśmy przyjacielską umowę.
Prywatne finansowanie nagrania to wówczas rzadkość , studio Izabelin uchodziło za dobre i drogie.
Lepsze było chyba tylko studio S1 w Polskim Radio.
Nie zażarło tak, jak planowaliśmy.
Straciliśmy animusz do dalszej walki z nieznanym wrogiem, trochę się pożarliśmy, pozbieraliśmy zabawki i koniec.
Byliśmy chyba już wszyscy sobą zmęczeni, graliśmy równolegle w dwóch kapelach przez kilka lat.
Dosyć - wystarczy...
W uzupełnieniu do poprzedniego wpisu Broda obdarował mnie plikiem zdjęć i garstką opowieści o City Skyline. A wygląda to tak:
O przypadkach City Skyline: Jechaliśmy do Jarocina w 1988 jako dwa zespoły z Kielc tj. Dekret i City Skyline. Obydwa zakwalifikowane. W zgłoszeniu Dzedzej użył jakiś dziwacznych szybko wymyślonych pseudonimów dla grajków, aby nie kojarzono zbytnio obydwu kapel. Miał nosa. City Skyline do konkursu na Małą Scenę, Dekret na traktor. (Panki nie pagibnut!) Zagraliśmy każdy swoje, City na małej scenie nawet przyzwoicie. Jakieś dziewczynki i chłopaczki się pokiwali, słoneczko, sielanka, nastrój, wyciągnięty sweter, 100 % normy. I muzyka się spodobała warsiawiakom :) Na tyle że, radio festiwalowe przeprowadziło z zespołem wywiad, i popuszczało trochę muzyki czeriez radiopriomnik. Wywiad w polowej redakcji. A ponieważ było tam ciasnawo, to wykopano na spicz tylko moją skromną osobę. Udzielałem wywiadu dla Rozgłośni Harcerskiej (Radio Nieprzemakalnych ?) jako City Skyline i dokładnie w tym czasie ogłoszono wyniki głosowania publiczności. Jak wiesz, albo i nie, mieli stanowisko na lewo od wejścia na stadion, i nadawałi on-line. W trakcie rozmowy i ochami i achami nad City Skyline do kabiny wdarł się Stona - załatwiacz zespołowy Dekretu i rozdarł ryja, że Dekret, i wogóle, super, sława kariera pieniądze samochody dziewczyny wódka i to samo od nowa dwa razy proszę. Ja wywołałem konsternację drąc kopiarę wniebogłosy i wyrażając zadowolenie gębą i ciałem całym z elementami tańca erotycznego. No całym to chyba przesada, bo jeśli się nie mylę to kontrolowałem jeszcze wtedy zwieracz i nie zawarczałem odbytem z radości. Dziennikarka, chyba Bożena Sitek a może ktoś inny (napisałem że ona, bo to zawsze była Sitek albo Sito ), nic nie rozumiejąc próbowała ratować sytuację. Wyjaśniło się , że to też " nasza kamanda" i raczej była zdziwiona. City bardziej pasowało do ugłaskanych Harcerzy i jej stajni muzyczno - melodycznej. Dekret bee, nie umieją grać ani śpiewać, była bliska prawdy.
--------------------------------------------------------------------------- W 1989 zagrali na festiwalu Rock Meeting w Rzeszowie, zostali laureatami festiwalu, zdobyli II nagrodę. II nagroda to była druga nagroda, i już (jak przystało na nagrodę, nie miała żadnych atrybutów materialnych). Jedyną nagrodą ufundowaną przez Resovian, była możliwość skopania jakiegoś pijanego debila, który przez kilka godzin terroryzował i pacyfikował nabitą salę. Tak była wówczas moda, że na koncertach zawsze jakiś półmózg chciał być gwiazdą. Jego oczkiem w głowie było polowanie na pokulone małe dziewczynki, lub bogu ducha winnych wylęknionych punków .Wszyscy umykali po kątach, a jemu co chwila udawało się kogoś kopnąć lub uderzyć. Nieźle mu szło, do czasu. Ponieważ już został lokalną gwiazdą festiwalu , dużo ważniejszą od występujących muzyków, postanowił też odbyć wyprawę po ich garderobach. No kurwa przecież on tu rządzi... Pech chciał , że wtargnął do naszej z pianą na gębie, i oczywiście zrobił zamach na naszą piękną kobietę Beatę. Jakie było jego zdziwienie, nie wiem , bo chyba nie zdążył się zdziwić. Miał pecha. Trafił w trzech piątych na zaprawionych w bojach załogantów. Dość powiedzieć, że ochrona imprezy chciała nas zatrudnić na stałe etaty. Sznurek z zębów tego lokalnego zwierza, nosimy do dzisiaj, jako amulety. Warto było, fajny ten festiwal w Rzeszowie był :)) -
------------------------------------------------------------------- Nagrania z Izabelina to miała być demówką dla wydawnictw muzycznych. Nagrana została przez skład wymieniony, ale wówczas już nie koncertowaliśmy , a próby odbywały się jedynie na potrzeby nagrania. Projekt jako spuścizna po City Skyline , miał nazywać się FIODOR. I pod tą nazwą był kilkakrotnie puszczany w ogólnopolskim radio, między innymi w Trójce oraz Radio dla Ciebie, może też innych, nie pamiętam. Nagrania zostały sfinansowane przez sympatyka zespołu, Andrzeja Kopczyńskiego , z którym zawarliśmy przyjacielską umowę. Prywatne finansowanie nagrania to wówczas rzadkość , studio Izabelin uchodziło za dobre i drogie. Lepsze było chyba tylko studio S1 w Polskim Radio. Nie zażarło tak, jak planowaliśmy. Straciliśmy animusz do dalszej walki z nieznanym wrogiem, trochę się pożarliśmy, pozbieraliśmy zabawki i koniec. Byliśmy chyba już wszyscy sobą zmęczeni, graliśmy równolegle w dwóch kapelach przez kilka lat. Dosyć - wystarczy... --------------------------------------------------------------------------
Przesyłam zdjęcia dla urozmaicenia, między innymi wydane przez Alexa Kwinta dla znajomych CD, oraz on sam i fanka zespołu z Japoni - Yukiko :))
oraz zdjęcia 3/5 City Skyline 1. drugi od lewej Alex i obok Diabeł 2.śpiewak z kobietami i dwóch panów z winem prostym 3.wino proste w obrocie kołowym
czwartek, 13 stycznia 2011
Na nieocenionym blogu KASETA STILON GORZÓW C-60 pojawił się wpis o kieleckim zespole CITY SKYLINE istniejącym na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Kilku muzyków znanych z innych projektów [min. DEKRET], ciekawa muzyka, kilka zdjęć i krótka historia o trochę mało znanym epizodzie muzycznym z naszego miasta. To znowu niezły kawałek kieleckiej sceny muzycznej, choć muszę przyznać się bez bicia, że wtedy gdy CITY SKYLINE istnieli raczej nie zostali tutaj docenieni. Mnie też w owym czasie niespecjalnie do nich ciągnęło, ale to niestety był też czas świetności DEKRETu, początków hardcore’a i z tą muzyką wtedy mnie nie kupili, bo wtedy miało być ostro i głośno.
Na dokładkę przypominam o wpisie z tegoż samego bloga, w którym oprócz nagrania DEKRETu z Jarocina 1990 jest kawałek intrygującej i niepokojącej prozy Artura Stanka, będąc ego w tamtych latach kimś w rodzaju menago tej kapeli.
A żeby temat dopełnić polecam gorąco wizytę na kanale You Tube’owym stworzonym przez Brodę, wokalistę DEKERETu [a przy okazji i CITY SKYLINE], gdzie można obejrzeć fototeledyski tej kapeli – a niektóre fotki są przepyszne, z różnych okresów działalności zespołu, także kilka z Węgier, co jest naprawdę ważnym śladem owych czasów, gdy fotografowaniem punków raczej zajmowała się milicja lub Służba Bezpieczeństwa.
Na nieocenionym blogu KASETA STILON GORZÓW C-60 pojawił się wpis o kieleckim zespole CITY SKYLINE istniejącym na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Kilku muzyków znanych z innych projektów [min. DEKRET], ciekawa muzyka, kilka zdjęć i krótka historia o trochę mało znanym epizodzie muzycznym z naszego miasta. To znowu niezły kawałek kieleckiej sceny muzycznej, choć muszę przyznać się bez bicia, że wtedy gdy CITY SKYLINE istnieli raczej nie zostali tutaj docenieni. Mnie też w owym czasie niespecjalnie do nich ciągnęło, ale to niestety był też czas świetności DEKRETu, początków hardcore’a i z tą muzyką wtedy mnie nie kupili, bo wtedy miało być ostro i głośno. Zdaje się, że zostali opisani w drugiej edycji "Leksykonu muzycznego Kielecczyzny" ale nie posiadam. Dla tych, którzy nie mają czasu na ściąganie ich nagrań najłatwiejsze rozwiązanie czyli próbka z YouTube
Na dokładkę przypominam o wpisie z tegoż samego bloga, w którym oprócz nagrania DEKRETu z Jarocina 1990 jest kawałek intrygującej i niepokojącej prozy Artura Stanka, będąc ego w tamtych latach kimś w rodzaju menago tej kapeli. A żeby temat dopełnić polecam gorąco wizytę na kanale You Tube’owym stworzonym przez Brodę, wokalistę DEKERETu [a przy okazji i CITY SKYLINE], gdzie można obejrzeć fototeledyski tej kapeli – a niektóre fotki są przepyszne, z różnych okresów działalności zespołu, także kilka z Węgier, co jest naprawdę ważnym śladem owych czasów, gdy fotografowaniem punków raczej zajmowała się milicja lub Służba Bezpieczeństwa. EDIT: ponieważ nie byłoby tego pewnie gdzie dorzucić, to linkuję notkę o DEVIL FAKER. Grali w Kielcach, mieli basistę, który grał z Dekretem, a i Kajtek też im przybębnił, więc powiązania jakieś były tematyczne. Nie był to zły zespół, pogrywali w piwnicy pod "Bristolem", gdzie grał cały ówczesny kwiat młodzieży... Potem wturlali się do rynsztoka jako FLIPER... Dorobili się notki w "Leksykonie muzycznym kielecczyzny", ale nie chce mi się przytaczać. To tyle dla pamięci.
niedziela, 26 grudnia 2010
DRUKARSTWO
Jako kolejną, lokalną, książkową ciekawostkę dorwałem „Almanach Drukarstwa Kielecczyzny” pod redakcją J. Butwiłły i Z. Nosala, wydany w 1969 roku. Dosyć ciekawy, branżowy zbiorek opowieści, faktów, dat i opisów ludzi związanych z tym fachem w czasie jego trwania w klasycznym okresie. W obecnej dobie cyfryzacji i rozwoju technik drukarskich pojęcia takie jak zecer czy litografia to już przeszłość, więc sięgnięcie do tej książkowej pozycji jest spojrzeniem też w historię techniki, ale poza tym poprzez przeideologizowanie w czasach jej wydania zmuszonym się jest niestety do trawienia tego obrazu przez pryzmat pionu ideologicznego PZPR.
Jak opisuje Z. Nosal w początkowej części książki, prawdopodobnie pierwszą drukarnią na kielecczyźnie była ta założona ok. 1557 roku, należąca do zbioru kalwińskiego w Pińczowie [mieli tam swoją szkołę]. Następna drukarnia założona w naszej okolicy na przełomie XVI i XVII wieku znajdowała się w Rakowie, w siedzibie Braci Polskich, arian aktywnie w tym miasteczku działających. Miała bardzo dobrą renomę w całej Europie, pisma, które były tam drukowane wywożono do różnych europejskich krajów. Natomiast w samych Kielcach pierwszą drukarnię założono dopiero w 1818 roku, po drodze zmieniali się jej właściciele i zakres prac, których podejmowano się w drukarni, by w 1870 zacząć w niej drukować pierwsze kieleckie pismo – „Gazetę Kielecką”. Gazeta była potem drukowana w różnych miejscach, bowiem w mieście istniało już kilka innych zakładów typograficznych. Podstawową działalnością tych zakładów był jednak nie druk książek czy gazet, a wydawnictw urzędowych: ksiąg i druków dla władz sądowych, skarbowych, akcyjnych, gminnych, szkolnych. Przytoczona w książce jest też sytuacja, gdy w 1903 roku Salomon Rzędowski starał się o otwarcie nowej drukarni i dostał nieprzychylną opinię od policmajstra (!), odnoszącą się np. do tego, że w mieście jest już wystarczająca ilość drukarni - mimo tego zakład udało mu się jednak otworzyć. W 1912 roku otworzono nową drukarnię [później przejętą przez J. Łęskiego], w której zaczęto drukować np. „Kurjer Kielecki”, po dwóch latach ukazywania się połączony z „Gazetą Kielecką”; drukowano też książki, broszury i najpoważniejszy w latach trzydziestych dwutygodnik kielecki „Radostowa”. Właściciel drukarni miał też wyłączność na wszelkie druki gorzelnicze [ale co to było?], wydawał też pocztówki i kalendarze. W 1918 roku otwarto kolejną drukarnię, która w istotny sposób wpisała się w historię Kielc, a mianowicie drukarnię diecezjalną „Jedność”. W dwudziestoleciu międzywojennym funkcjonowało w Kielcach kilkanaście zakładów, np. drukujących w 1930 roku dwanaście tytułów gazetowych w nakładach 500 do 5000 egz. [co w porównaniu do dzisiejszych czasów wydaje się naprawdę zaskakujące]. Oczywiście okupacja hitlerowska w pierwszej kolejności doprowadziła do likwidacji drukarni będących własnością Żydów, z kolei pierwsze lata PRL to było już upaństwawianie wszystkich zakładów i wcielanie ich do struktury nazwanej Państwowe Warszawskie Zakłady Graficzne Oddział nr 23 w Kielcach; upaństwowiono nawet drukarnię „Św. Józefa” na Karczówce, w której pracowały wyłącznie zakonnice. Przyjechał czerwony walec i wyrównał.
W dalszej części książki są już historie ludzi bezpośrednio związanych z drukarstwem i, co oczywiste, wyławiam tylko te, które mnie zainteresowały. Jak np. ta rewolucyjna anegdota: w 1906 w kieleckiej organizacji bojowej PPS wydano polecenie wydrukowania odezwy do rosyjskich żołnierzy stacjonujących w Kielcach. Niestety PPS w swojej nielegalnej drukarni nie posiadał rosyjskich czcionek, zaplanowano więc akcję na drukarnię Rzędowskiego przy ul. Dużej. Pięciu uzbrojonych ludzi pod dowództwem W. Rutkiewicza wkroczyło w niedzielę do mieszkania właściciela i jego drukarni i zajęło się przygotowaniem odezwy do druku, a po godzinie był już gotowy skład ulotki. W międzyczasie jednak przychodzili interesanci, którzy przez bojowców PPS musieli zostać tymczasowo aresztowani, a już w czasie druku wykorzystani zostali do pracy, musieli bowiem kręcić kołem maszyny drukarskiej. Po wydrukowaniu ok. 8 tysięcy egzemplarzy odezwy bojowcy PPS zapłacili za farbę i papier i opuścili drukarnię. [P. Wiślicki w innym miejscu tej książki opisuje identyczną sytuację, tylko z 1908 r., nie był jednak jej uczestnikiem – czy to inna historia?]
W okolicy 1906 roku ukazywało się pismo „Maryiawita”, wydawane przez Seminarium Duchowne, z powodu niskiego popytu wydawca niestety musiał odsprzedawać je na makulaturę, a potem wędrowało np. do sklepów, do pakowania artykułów spożywczych, co wywoływało lekkie oburzenie, gdy w świętą treść zawijano śledzie.
Inna opowiastka traktowała o pewnym ciekawym etapie drukowanej propagandy kieleckiego PPS, w latach 1916-18. Druk ulotek i pisma „Wezwanie” odbywał się bowiem w oficjalnie działającej drukarni Mitelmana przy Rynku, ale ponieważ w sąsiedztwie drukarni znajdowały się koszary austriackiej żandarmerii, „nielegały” drukowano jedynie we wtorki, gdy żandarmi opuszczali swoją siedzibę udając się na targ w poszukiwaniu kontrabandy.
Piotr Wiślicki opowiada za to swoją dość bogatą historię, związaną także z działalnością w kieleckim PPS w okresie rewolucji 1905, a opowieść swoją kończy opisem niechcianych spotkań z rotmistrzem żandarmerii Anienkowem, także w Warszawie, gdzie Wiślicki musiał wyjechać, z których ostatnie, już w 1917 roku, odbyło się na kieleckiej ulicy Sienkiewicza. Potem następuje niestety mało konkretny opis spotkania ludzi prześladowanych wcześniej przez Anienkowa, na którym podjęto decyzję o dosłownym usunięciu go z życia. O tym wyroku i jego wykonaniu wspominałem już TUTAJ, w notce o książce Jerzmanowskiego „W starych Kielcach”. W dalszej części almanachu krótko przedstawiającej sylwetki ludzi związanych z drukarstwem jest kilka historii o akcyjnej działalności PPS na początku XX wieku: akcje bojowe w Łopusznie i Promniku w 1907 roku, gdzie napadnięto na pocztę, sąd, gminę i monopol wódczany, zabierając broń, pieniądze, blankiety paszportowe i pieczęci; zamachy na żandarmów carskich, np. na ulicy Czarnowskiej wykonanie wyroku na starszym żandarmie Anikinie; wysadzanie słupów telegraficznych pod Białogonem; atak na pociąg pod Kielcami w celu odbicia więźniów politycznych czy wykonywanie podkopu do kanału w więzieniu kieleckim [ale bez informacji, czy akcje się powiodły]; w 1917 atak na tabory austriackie na ul. Bodzentyńskiej w celu zdobycia broni. Dalej, przy okazji notki o Włodzimierzu Sienkiewiczu, wspomina się o jego aktywnej działalności w okresie międzywojennym w Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego w Kielcach, którego kulturalna praca opierała się na współtworzeniu orkiestry, chóru i zespołu teatralnego. Sztuki wystawiano nie tylko w teatrze, w czasie akademii 1-majowych, ale i na wolnym powietrzu, na Karczówce i w Samsonowie czy w salkach innych miastach, a operę wystawiano w kieleckim parku miejskim i na stadionie sportowym. Dziś opera, teatr czy orkiestra są w zakresie kultury wysokiej, a robotnicy robią to, co onegdaj burżuje: chodzą balować.
Stanisław Krąż opisywał sytuację strajkową z 1928 roku, gdy redakcja gazety „Opinia” zwolniła z pracy 6 zecerów, sprowadzając na ich miejsce zecerów z innych miast, o neutralnej przynależności związkowej [tzw. „żółte związki”]. Gdy rozmowy z łamistrajkami nie przynosiły skutku, zwolnieni postanowili utrudnić im pracę, zakradając się w nocy do drukarni i niszcząc gotowe już składy i rozsypując czcionki z kaszt. Dochodzenie policyjne prowadzone przy pomocy konfidenta, nie przyniosło efektu.
Włodzimierz Sienkiewicz w krótkiej notce zapisał historię nielegalnej drukarni użytkowanej przez ruch oporu w czasie II wojny światowej. Organizacja Wojskowa PPS zaczęła ją organizować już w październiku 1939 roku, była usytuowana w zabudowaniach w miejscowości Sosnówek koło Tumlina. Wydrukowano tam wiele ulotek i odezw, pisma „Świt”, „Sprawy Polskie” i lokalną mutację „Robotnika”. Ciekawostką z czasów okupacji, o której wspomina Jerzy Butwiłło, było wydrukowanie w 1943 roku 1000 egzemplarzy książki Arkadego Fieldera „Dywizjon 303”, a odbyło się to w małej drukarni na ul. Leśnej dosłownie vis a vis miejskiej komendy żandarmerii niemieckiej.
Już w luźniejszym klimacie J. Madej wspomina pracę w drukarni u Półtawskiego, gdzie zaczynał jako praktykant w 1947, w jeszcze niesprywatyzowanym zakładzie: „Zresztą przyjęcia w drukarni odbywały się dość często. Czczono solenizantów, zakrapiając ten dzień obficie trunkami. Były i inne okazje, które rozpoczynały się skromnie w drukarni, a kończyły często po północy, w którymś z kieleckich lokali, albo u „ciotki Krzemieniowej”, u której drukarze mieli swoje konta otwarte przez całą dobę. Zaopatrzenie w trunki i przekąski spoczywało oczywiście na mnie, ponieważ uważano, że uczeń powinien poznać wszystko i godnie naśladować swoich nauczycieli.” Wspomina też o trunku, zwanym „tata z mamą”, a był to drin ze spirytusu i soku wiśniowego.
W książce przytoczone są jeszcze dwie ciekawostki drukarskie: przed 1939 rokiem Kielce miały swój „Kielecki Express Codzienny” [jako mutację warszawskich „Ostatnich Wiadomości”], który przywożony był koleją do naszego miasta z czystą ostatnią stroną, co zadrukowywane było już na miejscu, w drukarni na Sienkiewicza, z lokalnymi tekstami. Druga historyjka była o tym, jak tuż po zakończeniu wojny reaktywowaną „Gazetę Kielecką” z braku białego papieru drukowano np. na różowym, a po zmianie nazwy na „Dziennik Kielecki” na każdym, który udało się zdobyć: czerwonym, pomarańczowym, żółtym i jasnoniebieskim.
Jako kolejną, lokalną, książkową ciekawostkę dorwałem „Almanach Drukarstwa Kielecczyzny” pod redakcją J. Butwiłły i Z. Nosala, wydany w 1969 roku. Dosyć ciekawy, branżowy zbiorek opowieści, faktów, dat i opisów ludzi związanych z tym fachem w czasie jego trwania w klasycznym okresie. W obecnej dobie cyfryzacji i rozwoju technik drukarskich pojęcia takie jak zecer czy litografia to już przeszłość, więc sięgnięcie do tej książkowej pozycji jest spojrzeniem też w historię techniki, ale poza tym poprzez przeideologizowanie w czasach jej wydania zmuszonym się jest niestety do trawienia tego obrazu przez pryzmat pionu ideologicznego PZPR.
Jak opisuje Z. Nosal w początkowej części książki, prawdopodobnie pierwszą drukarnią na kielecczyźnie była ta założona ok. 1557 roku, należąca do zbioru kalwińskiego w Pińczowie [mieli tam swoją szkołę]. Następna drukarnia założona w naszej okolicy na przełomie XVI i XVII wieku znajdowała się w Rakowie, w siedzibie Braci Polskich, arian aktywnie w tym miasteczku działających. Miała bardzo dobrą renomę w całej Europie, pisma, które były tam drukowane wywożono do różnych europejskich krajów. Natomiast w samych Kielcach pierwszą drukarnię założono dopiero w 1818 roku, po drodze zmieniali się jej właściciele i zakres prac, których podejmowano się w drukarni, by w 1870 zacząć w niej drukować pierwsze kieleckie pismo – „Gazetę Kielecką”. Gazeta była potem drukowana w różnych miejscach, bowiem w mieście istniało już kilka innych zakładów typograficznych. Podstawową działalnością tych zakładów był jednak nie druk książek czy gazet, a wydawnictw urzędowych: ksiąg i druków dla władz sądowych, skarbowych, akcyjnych, gminnych, szkolnych. Przytoczona w książce jest też sytuacja, gdy w 1903 roku Salomon Rzędowski starał się o otwarcie nowej drukarni i dostał nieprzychylną opinię od policmajstra (!), odnoszącą się np. do tego, że w mieście jest już wystarczająca ilość drukarni - mimo tego zakład udało mu się jednak otworzyć. W 1912 roku otworzono nową drukarnię [później przejętą przez J. Łęskiego], w której zaczęto drukować np. „Kurjer Kielecki”, po dwóch latach ukazywania się połączony z „Gazetą Kielecką”; drukowano też książki, broszury i najpoważniejszy w latach trzydziestych dwutygodnik kielecki „Radostowa”. Właściciel drukarni miał też wyłączność na wszelkie druki gorzelnicze [ale co to było?], wydawał też pocztówki i kalendarze. W 1918 roku otwarto kolejną drukarnię, która w istotny sposób wpisała się w historię Kielc, a mianowicie drukarnię diecezjalną „Jedność”. W dwudziestoleciu międzywojennym funkcjonowało w Kielcach kilkanaście zakładów, np. drukujących w 1930 roku dwanaście tytułów gazetowych w nakładach 500 do 5000 egz. [co w porównaniu do dzisiejszych czasów wydaje się naprawdę zaskakujące]. Oczywiście okupacja hitlerowska w pierwszej kolejności doprowadziła do likwidacji drukarni będących własnością Żydów, z kolei pierwsze lata PRL to było już upaństwawianie wszystkich zakładów i wcielanie ich do struktury nazwanej Państwowe Warszawskie Zakłady Graficzne Oddział nr 23 w Kielcach; upaństwowiono nawet drukarnię „Św. Józefa” na Karczówce, w której pracowały wyłącznie zakonnice. Przyjechał czerwony walec i wyrównał. W dalszej części książki są już historie ludzi bezpośrednio związanych z drukarstwem i, co oczywiste, wyławiam tylko te, które mnie zainteresowały. Jak np. ta rewolucyjna anegdota: w 1906 w kieleckiej organizacji bojowej PPS wydano polecenie wydrukowania odezwy do rosyjskich żołnierzy stacjonujących w Kielcach. Niestety PPS w swojej nielegalnej drukarni nie posiadał rosyjskich czcionek, zaplanowano więc akcję na drukarnię Rzędowskiego przy ul. Dużej. Pięciu uzbrojonych ludzi pod dowództwem W. Rutkiewicza wkroczyło w niedzielę do mieszkania właściciela i jego drukarni i zajęło się przygotowaniem odezwy do druku, a po godzinie był już gotowy skład ulotki. W międzyczasie jednak przychodzili interesanci, którzy przez bojowców PPS musieli zostać tymczasowo aresztowani, a już w czasie druku wykorzystani zostali do pracy, musieli bowiem kręcić kołem maszyny drukarskiej. Po wydrukowaniu ok. 8 tysięcy egzemplarzy odezwy bojowcy PPS zapłacili za farbę i papier i opuścili drukarnię. [P. Wiślicki w innym miejscu tej książki opisuje identyczną sytuację, tylko z 1908 r., nie był jednak jej uczestnikiem – czy to inna historia?] W okolicy 1906 roku ukazywało się pismo „Maryiawita”, wydawane przez Seminarium Duchowne, z powodu niskiego popytu wydawca niestety musiał odsprzedawać je na makulaturę, a potem wędrowało np. do sklepów, do pakowania artykułów spożywczych, co wywoływało lekkie oburzenie, gdy w świętą treść zawijano śledzie. Inna opowiastka traktowała o pewnym ciekawym etapie drukowanej propagandy kieleckiego PPS, w latach 1916-18. Druk ulotek i pisma „Wezwanie” odbywał się bowiem w oficjalnie działającej drukarni Mitelmana przy Rynku, ale ponieważ w sąsiedztwie drukarni znajdowały się koszary austriackiej żandarmerii, „nielegały” drukowano jedynie we wtorki, gdy żandarmi opuszczali swoją siedzibę udając się na targ w poszukiwaniu kontrabandy. Piotr Wiślicki opowiada za to swoją dość bogatą historię, związaną także z działalnością w kieleckim PPS w okresie rewolucji 1905, a opowieść swoją kończy opisem niechcianych spotkań z rotmistrzem żandarmerii Anienkowem, także w Warszawie, gdzie Wiślicki musiał wyjechać, z których ostatnie, już w 1917 roku, odbyło się na kieleckiej ulicy Sienkiewicza. Potem następuje niestety mało konkretny opis spotkania ludzi prześladowanych wcześniej przez Anienkowa, na którym podjęto decyzję o dosłownym usunięciu go z życia. O tym wyroku i jego wykonaniu wspominałem już TUTAJ, w notce o książce Jerzmanowskiego „W starych Kielcach”. W dalszej części almanachu krótko przedstawiającej sylwetki ludzi związanych z drukarstwem jest kilka historii o akcyjnej działalności PPS na początku XX wieku: akcje bojowe w Łopusznie i Promniku w 1907 roku, gdzie napadnięto na pocztę, sąd, gminę i monopol wódczany, zabierając broń, pieniądze, blankiety paszportowe i pieczęci; zamachy na żandarmów carskich, np. na ulicy Czarnowskiej wykonanie wyroku na starszym żandarmie Anikinie; wysadzanie słupów telegraficznych pod Białogonem; atak na pociąg pod Kielcami w celu odbicia więźniów politycznych czy wykonywanie podkopu do kanału w więzieniu kieleckim [ale bez informacji, czy akcje się powiodły]; w 1917 atak na tabory austriackie na ul. Bodzentyńskiej w celu zdobycia broni. Dalej, przy okazji notki o Włodzimierzu Sienkiewiczu, wspomina się o jego aktywnej działalności w okresie międzywojennym w Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego w Kielcach, którego kulturalna praca opierała się na współtworzeniu orkiestry, chóru i zespołu teatralnego. Sztuki wystawiano nie tylko w teatrze, w czasie akademii 1-majowych, ale i na wolnym powietrzu, na Karczówce i w Samsonowie czy w salkach innych miastach, a operę wystawiano w kieleckim parku miejskim i na stadionie sportowym. Dziś opera, teatr czy orkiestra są w zakresie kultury wysokiej, a robotnicy robią to, co onegdaj burżuje: chodzą balować. Stanisław Krąż opisywał sytuację strajkową z 1928 roku, gdy redakcja gazety „Opinia” zwolniła z pracy 6 zecerów, sprowadzając na ich miejsce zecerów z innych miast, o neutralnej przynależności związkowej [tzw. „żółte związki”]. Gdy rozmowy z łamistrajkami nie przynosiły skutku, zwolnieni postanowili utrudnić im pracę, zakradając się w nocy do drukarni i niszcząc gotowe już składy i rozsypując czcionki z kaszt. Dochodzenie policyjne prowadzone przy pomocy konfidenta, nie przyniosło efektu. Włodzimierz Sienkiewicz w krótkiej notce zapisał historię nielegalnej drukarni użytkowanej przez ruch oporu w czasie II wojny światowej. Organizacja Wojskowa PPS zaczęła ją organizować już w październiku 1939 roku, była usytuowana w zabudowaniach w miejscowości Sosnówek koło Tumlina. Wydrukowano tam wiele ulotek i odezw, pisma „Świt”, „Sprawy Polskie” i lokalną mutację „Robotnika”. Ciekawostką z czasów okupacji, o której wspomina Jerzy Butwiłło, było wydrukowanie w 1943 roku 1000 egzemplarzy książki Arkadego Fiedlera „Dywizjon 303”, a odbyło się to w małej drukarni na ul. Leśnej dosłownie vis a vis miejskiej komendy żandarmerii niemieckiej. Już w luźniejszym klimacie J. Madej wspomina pracę w drukarni u Półtawskiego, gdzie zaczynał jako praktykant w 1947, w jeszcze niesprywatyzowanym zakładzie: „Zresztą przyjęcia w drukarni odbywały się dość często. Czczono solenizantów, zakrapiając ten dzień obficie trunkami. Były i inne okazje, które rozpoczynały się skromnie w drukarni, a kończyły często po północy, w którymś z kieleckich lokali, albo u „ciotki Krzemieniowej”, u której drukarze mieli swoje konta otwarte przez całą dobę. Zaopatrzenie w trunki i przekąski spoczywało oczywiście na mnie, ponieważ uważano, że uczeń powinien poznać wszystko i godnie naśladować swoich nauczycieli.” Wspomina też o trunku, zwanym „tata z mamą”, a był to drin ze spirytusu i soku wiśniowego. W książce przytoczone są jeszcze dwie ciekawostki drukarskie: przed 1939 rokiem Kielce miały swój „Kielecki Express Codzienny” [jako mutację warszawskich „Ostatnich Wiadomości”], który przywożony był koleją do naszego miasta z czystą ostatnią stroną, co zadrukowywane było już na miejscu, w drukarni na Sienkiewicza, z lokalnymi tekstami. Druga historyjka była o tym, jak tuż po zakończeniu wojny reaktywowaną „Gazetę Kielecką” z braku białego papieru drukowano np. na różowym, a po zmianie nazwy na „Dziennik Kielecki” na każdym, który udało się zdobyć: czerwonym, pomarańczowym, żółtym i jasnoniebieskim.
niedziela, 28 listopada 2010
„Kielce w pamiętnikach i wspomnieniach z XIX wieku” to nietypowa książkowa pozycja, w której są zamieszczone fragmenty pamiętnikarskie ludzi, którzy przynajmniej część swojego życia spędzili w Kielcach i to opisali. Książka ta zdecydowanie nie pretenduje do wysokiej rangi jeżeli chodzi o literacką wartość zawartych tam tekstów, jest za to naprawdę ciekawym kawałkiem historii naszego miasta opisanej z zupełnie innej perspektywy niż notatki z gazet czy urzędowe dokumenty. Dla historyków miasta – niezły cymes.
niedziela, 17 października 2010
[foto: małe a]
piątek, 01 października 2010
. Nieco przez przypadek sięgnąłem po nudną cegłę pt „Dzieje powiatu kieleckiego 1810- 2008”. Dzieło zbiorowe podzielone rozdziałami wg pewnych ram czasowych i będące zbitką podstawowych informacji o tym, co się działo w naszym powiecie na przestrzeni tych dwóch wieków. Jest to na tyle nudne opracowanie, że zaprzestałem prób zapamiętywania jakichś ciekawych rzeczy po przeczytaniu zaledwie kilkudziesięciu stron [z prawie 400], jest to bowiem książka naładowana danymi, statystykami, tabelkami, liczbami, mapami i informacjami o wszystkim, co da się zawrzeć w tych tabelkach. Pewnie takie było założenie, by stworzyć kompendium wiedzy o wszelkich dziedzinach życia publicznego, ze szkolnictwem, gospodarką, rolnictwem, przemysłem, polityką i strukturą społeczną, przebrnąłem więc przez to raczej z rozpędu niż z ciekawości. Kilka chaotycznych, mniej lub bardziej banalnych ciekawostek udało się jednak stamtąd wyciągnąć, zaczynając oczywiście od kwestii smakowych, a mianowicie, np. to, że w tymże powiecie w latach połowie XIX wieku ok. 70 gorzelni i sporo małych browarów, oraz 49 karczm, gdyż znajdowały się one w niemal każdej wsi. „Najczęściej można było spotkać szynki, które mieściły się w domach chłopskich, zajmując jedną izbę”. Lub to, że jeszcze w XIX wieku w powiecie znajdowały się 3 miasta będące prywatną własnością: Włoszczowa, Secemin i Wodzisław. Są nawet ciekawe dane na temat pobliskich więzień pod koniec XIX wieku: kieleckiego, chęcińskiego i na Świętym Krzyżu, jak na przykład procentowy rozkład skazanych za rodzaj przestępstwa, w którym np. „wykroczenia przeciw religii i państwu” obejmowały prawie 11% skazanych i dodatkowa informacja o istniejących równolegle aresztach gminnych, w których na początku XX wieku przetrzymywano kilka tysięcy osób rocznie.
poniedziałek, 20 września 2010
Wśród historycznych kieleckich nagrań, które ostatnio znalazły się w sieci, zdecydowanie trzeba wspomnieć o koncercie DEKRETu z Jarocina 1992. Co prawda nie jest podzielony na kawałki, uciekają kolory, jest filmowane z pozycji, która nie pokazuje całej kapeli, ale to, że w ogóle jest [z VHS, którym podzielił się Adam z WKG, za co dzięki, dzięki!], że jakość dźwięku jest niezła to zdecydowanie warto to obejrzeć.
[to 1 z 2 części tego koncertu, reszta np. TUTAJ]
Dla uzupełnienia dostępnych informacji [z których najwięcej przynoszą komentarze z TEGO WPISU] wrzucam info o DEKRECIE i Jarku Pisarskim z nieszczęsnego "Leksykonu muzycznego kielecczyzny", z jego 1 wersji [w drugiej, poprawionej, pojawiło się więcej zespołów i uzupełniono chyba część wpisów o zespołach, ale jej nie mam] DEKRET Zespół powstał w 1982r na kieleckim osiedlu Czarnów, gdzie zagrał pierwsze „garażowe" koncerty. Zespół występował w składzie: Aleksander Gałgowski - gitara basowa, Artur Kobus - perkusja, Jarosław Pisarski - gitary, Piotr Stanek - śpiew. PISARSKI JAROSŁAW (ur. 06.02.1966 r. w Radomsku), założyciel i gitarzysta zespołu DEKRET, autor tekstów i kompozytor. Organizator licznych koncertów (cykl Muzyka Teraz) przeglądów i festiwali (Rock Festiwal 1992,93, Andrzejkowy Maraton Rockowy 1992,93).
[to zaledwie 1 z 5 części, reszta na przykład TUTAJ]
czwartek, 02 września 2010
![]() POGLĄDY PIOTRA ŚCIEGIENNEGO O duchownych swoich czasów wyrażał się niezbyt pochlebnie: „Kapłani chrześcijańscy są [to] zaprzedani służalcy panów, są prawdziwie srogą plagą rodu ludzkiego”, „ostro osądzał poszczególnych przedstawicieli kleru za ich chciwość, służalczość wobec władzy”. Postulował min. „uprościć i zredukować zbytek obrzędów religijno-kościelnych, a uzyskane tym oszczędności przeznaczyć na rozwój oświaty: szkół i bibliotek”, „znieść opłaty za posługi religijne” i „znieść bezżenność księży”. „Ojcowie kościoła katolickiego” zalecali pokorę wobec bogatych i silnych, pocieszając biednych, że czeka ich po śmierci zbawienie wieczne, Ściegienny natomiast religią chrześcijańską uzasadniał wezwanie do walki przeciw niewoli i uciskowi, o obalenie władzy panów i monarchów, o ustanowienie królestwa niebieskiego na ziemi. Dla „Ojców kościoła” religia była środkiem do utrzymania ustroju opartego na wyzysku, Ściegienny chciał przy jej pomocy uzasadnić konieczność zburzenia tego ustroju w drodze rewolucji. Uważał, że ludziom najbardziej daje się we znaki nierówność stanowa i majątkowa, uczył chłopów, że krzywda i niesprawiedliwość zostały siłą i przemocą narzucone ludowi i że trzeba je najpierw obalić, by potem zbudować nowy ustrój sprawiedliwości społecznej. W „Złotej Książeczce” rozwija taką wizję: „W przyszłej wojnie staną chłopi i mieszczanie polscy i rosyjscy z jednej strony a panowie i królowie polscy i rosyjscy z drugiej strony – chłopi będą strzelali nie do chłopów, ale do panów”. Zastanawiając się nad źródłami i przyczynami wojen zaborczych i przy okazji wytykając państwu niesprawiedliwość społeczną i używanie aparatu przemocy przeciw społeczeństwu Ściegienny w „Aforyzmach” pisze: „Rządy używają wojska do pilnowania we dnie i w nocy osób rząd składających, skarbów, więzień, do katowania i zabijania szemrzących i powstających przeciw nadużyciom rządów, do obdzierania bogatszych, do uciemiężania uboższych obywateli, do napadania, rabowania i zabierania ościennych narodów w jarzmo niewoli. Wojsko pod dowództwem nieprzyjaciół ludzkości jest zgrają rozbójników, to przyczyna nieobliczalnych nieszczęść moralnych i fizycznych.” Wyrzuca też, że zamiast na oświatę rządy wydają pieniądze na zbrojenie się, a to oświata, edukacja i wychowanie, będzie środkiem do zaszczepienia w ludziach najważniejszych wartości jakimi są braterstwo, równość i wolność. Oświecone społeczeństwo będzie dążyć do dobra powszechnego, a nie do wojen przeciw innym. Drugą instytucją, która powinna spełniać inne zadania wychowawcze był wg Ściegiennego kościół, mający walczyć z krzywdą i niesprawiedliwością. Głosił, że kościół powinien się zająć kształceniem, tworzeniem szkół i bibliotek, pomocą charytatywną i wspieraniem zdolnych i ambitnych uczniów i nauczycieli. Krytykuje jednocześnie kościół za całokształt postępowania – za teorię boskiego pochodzenia władzy, za teorię uległości i cierpienia koniecznego do zbawienia i pośmiertnego szczęścia, za gromadzenie bogactw kosztem i tak już biednego chłopstwa, za wyzysk, za akceptowanie wojen, za fałsz i zakłamanie w głoszeniu haseł o miłowaniu bliźniego, za wyobcowanie z narodu przez używanie łaciny w obrzędach religijnych. Ostro występował przeciw pijaństwu, mówił, że wódka to trucizna, sam zresztą nigdy nie pił. „Alkohol uważał za jeden z ważniejszych środków do wyzyskiwania ludu.” Ta niechęć Ściegiennego do alkoholu wynikała także z czysto ekonomicznych skutków propinacji – było to prawo upoważniające do wyłączności produkcji i sprzedaży alkoholu na danym terenie, a produkcją tą zajmowali się albo karczmarze [opłacając się lokalnej szlachcie] albo sami dziedzice, którzy mieli możliwość karania chłopów za picie alkoholu z obcych źródeł [np. w innych karczmach] lub za produkcję własnego alkoholu. W Liście papieża obiecywał wręcz odpuszczenie grzechów na siedem lat każdemu, kto nie będzie pił wódki. Dominik Ściegienny w zeznaniach o poglądach swojego brata mówi tak: „ Ksiądz – brat mój – powtarzał mi, że kiedyś wszyscy się zrównamy, że nie będzie między nami panów, nie będzie uciskających ani uciśnionych, wszyscy sobie równi będziemy; włościanie nie będą odrabiać pańszczyzny ani żadnych ponosić ciężarów, nie będzie tego Rządu, jaki jest teraz a będzie Rzecz Pospolita”. Uważał, że ziemia nie może być własnością poszczególnych osób, toteż nie można jej sprzedawać. Sprzedać, przekazać, podarować można tylko owoce własnej pracy. W nowym ustroju społecznym ziemia miała być własnością gminy, aczkolwiek indywidualnie uprawiana, dochody z przemysłu, rzemiosł i handlu miały iść do „wspólnej kasy”, ale miał zostać wprowadzony społeczny obowiązek pracy. W „Aforyzmach” pisał tak: „Ziemia zatem jest własnością wszystkich stworzeń w ogólności, a niczyja w szczególności” by potem przytoczyć jeszcze taki wierszyk: „Przeklęty, który pierwszy samotność polubił. Kto pierwszy płot ogrodził, naród ludzki zgubił” Wizje szczęśliwego społeczeństwa nie mogły obyć się jednak od mniej smacznych konkluzji, bowiem idealny rząd miałby czuwać nad tym, czy społeczeństwo aby dąży do doskonałości, „kontrolować czy obywatele wypełniają swoje obowiązki”, obserwować i dozorować. Wymienia też wzór na idealną społeczność ze wszystkimi składnikami – ilu powinno być przedstawicieli jakiej profesji, jakie fabryki, jak osady miałyby federować się w gminy, te w powiaty, a te z kolei w okręgi; jakie powinny być wpływy i wydatki budżetowe; prawo zaś i wszystkie spory sądowe powinny opierać się na jedynej ustawie – „Co tobie niemiłe, nie czyń drugiemu”. Z drugiej strony ów idealny rząd [Rada Najwyższa] tworząc projekty ustaw mogłaby je wprowadzać w życie, dopiero gdyby nie było żadnych sprzeciwów, bowiem „Lud może nie przyjąć postanowień Rady”. W swoich zaawansowanych planach Ściegienny nawet zaproponował z czego powinny być zrobione i jak powinny wyglądać pieniądze w idealnie urządzonym społeczeństwie. Utopijność, naiwne, choć szlachetne intencje, oderwanie od realiów, brak gruntownego wykształcenia, a co za tym idzie brak wiedzy na wiele tematów, a także budowanie wizji społecznej w oparciu przede wszystkim o religijno-moralne przesłanki, były tym, co najogólniej charakteryzowało wizjonerstwo Piotra Ściegiennego. Isaiah Berlin pisząc o podobnych polskiemu księdzu rosyjskich pisarzach określił ich w ten sposób: „Wspólne wszystkim tym poglądom było przekonanie, że rozwiązania owych centralnych problemów istnieją, że można je odkryć i – przy wystarczająco dużym, bezinteresownym wysiłku – urzeczywistnić tu, na ziemi. Wszyscy ci myśliciele wierzyli, że istotą człowieka jest zdolność do wybierania sposobu życia: można więc przekształcać społeczeństwa w duchu prawdziwych ideałów, gdy wyznaje się je z należytym zapałem i oddaniem”. [Isaiah Berlin, „O dążeniu do ideału” w: „Pokrzywione drzewo człowieczeństwa”] Nie oznacza to, że wizja ta była bezwartościowa, a próby podejmowane przez księdza w celu jej urzeczywistnienia bezsensowne, był bowiem w tamtym okresie bardzo ciekawą, barwną i ważną osobowością, która zostawiła po sobie wyjątkową myśl społeczną i przede wszystkim odważnie dążył do konfrontacji z rosyjskim caratem. Jedno z wydawnictw, które wykorzystałem do zapoznania się z poglądami Ściegiennego, a mianowicie książka Czesława Wycecha „Ks. Piotr Ściegienny” [wyd. najprawdopodobniej w 1953 roku] nosi niestety spore piętno komunistycznej propagandy udowadniającej, że bohater tej biografii ma komunistyczne korzenie i takiż sposób myślenia [autor używa np. takich sformułowań: „Ostre walki klasowe w Rosji i na Zachodzie nie mogły pozostać bez wpływu na działalność Ściegiennego”, „toczą się ostre walki klasowe na wsi i one to wywierają duży wpływ na działalność Ściegiennego”]. Wycech stara się naukowo podeprzeć swoją wizję, wymienia liczby, buduje tezę o rosnącej świadomości socjalistycznej w rzeczywistości współczesnej Ściegiennemu, kroczącej ku uprzemysłowieniu i konfliktom klasowym i stwierdza nawet, że „był prekursorem idei sojuszu robotniczo-chłopskiego”. Omijałem skrzętnie w czasie czytania te „smaczki” koncentrując się na tym, co chciałem wyciągnąć z biografii tej historycznej postaci. Jest w tym wydawnictwie na szczęście „Wybór pism”, można więc zapoznać się z twórczością Piotra Ściegiennego w oryginale, zamieszczone są nawet pieśni ludowe o Ściegiennym, które dotrwały do połowy XX wieku na kielecczyznie. Bibliografia [z której czerpałem cytaty]: Wycech Czesław „Ks. Piotr Ściegienny”, 1953 Djakow Włodzimierz, „Piotr Ściegienny. Ksiądz-rewolucjonista”, Warszawa 1974 Caban Mirosław, Kalwat Wojciech „Piotr Ściegienny – rewolucjonista w sutannie” w: MÓWIĄ WIEKI 12/2007 (576) Drobne artykuły do podczytania jeszcze na INDYMEDIA i na świętokrzyskiej stronie BABAJAGA ![]() ![]() Tablica poświęcona Ściegiennemu, umieszczona na głazie na Placu Panny Marii w Kielcach o treści: „Na tym placu 7 maja 1846 roku stanął mężnie pod szubienicą ks. Piotr Ściegienny (1801-1890), duszpasterz, przewodnik ludu, żarliwy patriota, organizator powstania narodowego w 1844 roku. Karę śmierci zamienioną przed egzekucją na katorgę w kopalniach Sybiru dopełniała kaźń współspiskowców. Mieszkańcy Kielc, listopad 1994” Piotr Ściegienny urodził się 31 stycznia 1801 r. we wsi Bilcza pod Kielcami, ukończył szkołę parafialną w Brzezinach, a następnie przez 6 lat uczył się w szkole wojewódzkiej w Kielcach. Początkowo utrzymywali go rodzice, ale w wyższych klasach musiał zacząć się utrzymywać z korepetycji [dawał je np. synom prezydenta Kielc, Niewiadomskiego]. Po ukończeniu szkoły przed wstąpieniem do seminarium duchownego powstrzymał go brak funduszy, przez rok więc pracował jako nauczyciel wiejski w Bilczy, potem zaś jako nauczyciel prywatny w kilku miejscach, po czym próbował pracy w kieleckim urzędzie jako aplikant [jakby w formie obecnego stażu, za darmo, musiał więc znów utrzymywać się z korepetycji]. W końcu wyjechał do Warszawy, gdzie został przyjęty do zgromadzenia księży pijarów, skąd po miesiącu przenosi się do Opola Lubelskiego. Tam też w czasie powstania listopadowego zajmuje się opieką nad rannymi powstańcami i wygłasza patriotyczne przemówienia. W 1833 roku, kiedy rząd carski zniósł zakony katolickie i rozwiązał kolegium pijarskie, Ściegienny przenosi się do Wilkołaz, gdzie zostaje wikariuszem i z własnych pieniędzy zakłada nielegalną szkółkę w swojej parafii, której działanie zostało po kilku miesiącach zakazane [ale pracę najprawdopodobniej kontynuował]. Od 1835 roku ksiądz utrzymuje kontakty z warszawskimi środowiskami konspiracyjnymi, szczególnie ze Związkiem Narodu Polskiego, w 1839 jest już z nimi mocno związany, tego roku w Wilkołazach odwiedza go też ich wysłannik Cels Lewicki [było to środowisko, w którym dużą rolę odgrywał min. Edward Dembowski, charakteryzowany czasem jako demokrata, zwolennik rewolucji i socjalizmu utopijnego, zbieżnego z ideami Charlesa Fouriera]. Ściegienny czytuje zakazane dzieła polskich twórców i wydawnictwa emigracyjne, których część najprawdopodobniej kopiuje ręcznie i udostępnia innym. Tak zresztą wyglądała publikacja pism jego autorstwa – wielokrotne ręczne przepisywanie, także przez innych ludzi, a potem przekazywanie kolejnym czytelnikom czy też głośne czytanie w zaufanym gronie. Drukiem ukazały się dopiero po kilkudziesięciu latach, stąd też wynikają niepewności co do autorstwa niektórych z tych pism czy rozbieżność w ich tytułach. Ok. 1842 roku powstaje jego pierwsze pismo: „List Ojca Świętego Grzegorza do ludu polskiego”, nazywany też „Bullą Grzegorza XVI” albo „Złotą książeczką” [były to najprawdopodobniej dwie wersje tego samego szkicu]. „W imieniu głowy kościoła katolickiego, papieża Grzegorza XVI, „List” potępiał wyzyskiwaczy i ciemiężców, wzywając masy pracujące do aktywnej walki z istniejącymi władzami.” Był to oczywiście zręczny chwyt propagandowy, gdyż Rzym od czasu powstania listopadowego potępiał polskie działania niepodległościowe. Napisanie tej broszury było spowodowane najprawdopodobniej tym, że emigracyjne wydawnictwa nie nadawały się zbytnio do agitacji chłopstwa, zarówno ze względu na język, jak i na zbyt małą religijność, Ściegienny próbował więc stworzyć tekst, który w prosty sposób uzasadni potrzebę walki, którą chłopi musieliby toczyć u boku szlachty przeciw zaborcom i istniejącym nierównościom społecznym. „Wyodrębnić można w niej pięć części. W części pierwszej Ściegienny szeroko uzasadnia tezę, że człowiek został stworzony nie na niewolnika, lecz człowieka wolnego i szczęśliwego i kto zakuwa ludzi w kajdany niewoli, ten postępuje przeciw woli Boga. W części drugiej uzasadnia konieczność solidarnego i zbiorowego działania poszczególnych ludzi celem przeciwdziałania panom i królom, jako ciemiężycielom ludu, oraz celem usunięcia krzywdy i wyzysku. […] W części trzeciej dowodzi, że wszystkie dotychczasowe wojny toczone były w interesie królów i panów, wobec czego lud nie powinien brać w nich udziału. W następnej części szeroko uzasadnia tezę o konieczności prowadzenia wojny sprawiedliwej, a więc wojny ubogich z bogatymi, uciśnionych i nieszczęśliwych z ciemiężcami, chłopów z panami. I wreszcie w części ostatniej mówi o przygotowaniu się do prowadzenia wojny sprawiedliwej, ustala zasady organizacyjne dla prowadzenia spisku.” Agitacja zatacza coraz szersze kręgi, coraz więcej ludzi angażuje się w pracę konspiracyjną, są wśród nich także bracia Piotra, Dominik i Karol. Teren pracy spiskowej wyznaczają miejskie ośrodki, w których istnieją grupy konspiratorów – Warszawa, Lublin, Radom i Kielce, pomagające chłopskiej organizacji. Zazwyczaj agitatorzy pojawiali się na wsi, zbierając ich mieszkańców i czytając im „buntownicze odezwy”. Latem 1842 roku Ściegienny wybrał się razem z bratem Dominikiem w objazdową podróż po kielecczyźnie, odwiedzając wiele wsi i parafii, rozmawiając z proboszczami, czytając im pisma, które czasem zostawiał, gdy stwierdzał, że trafiły na podatny grunt. W 1843 w Warszawie zostaje aresztowanych wielu konspiratorów, kilku, w tym Dembowskiemu, udaje się uciec, ale aresztowania nie objęły na szczęście ani Radomia, ani Ściegiennego z jego towarzyszami. Ten nie zaprzestaje agitatorskiej działalności, która nie przynosi jednak oczekiwanych efektów. Czując palący się grunt pod nogami szybko zaplanowano, ze wszystkimi szczegółami, dosyć naiwny plan powstania – ośrodkiem czy zarzewiem rebelii miały być Kielce, całość miała zacząć się od mszy, potem rozmodlony tłum miał otoczyć budynek Rządu Gubernialnego Kieleckiego, którego urzędnicy mieli by poddać się bez walki, następnie miało odbyć się bezkrwawe rozbrajanie oddziałów wojskowych, a rozmodlony ksiądz z Pismem Świętym w dłoni i z kazaniem na ustach miał powstrzymać wszystkich wrogów, nawracając przy okazji i rosyjskich żołnierzy. Ściegienny ustalił z Lewickim termin powstania na 27 października, po czym 16-ego wyrusza przez Opole Lubelskie do Radomia, gdzie 18 października odbywa się narada koordynacyjna, po której zacząć się miały intensywne przygotowania we wszystkich ośrodkach: warszawskim, radomskim, lubelskim i kieleckim. Ściegienny udał się do Kielc, gdzie zatrzymał się u dobrze znanego sobie aptekarza Pantoczka, ale rozmowy w mieście nie wypadły zbyt pozytywnie. Przez dwa dni wraz z bratem Dominikiem agitowali chłopów z podkieleckich wsi, jeden dzień spędził na agitacyjnych rozmowach w Kielcach, by 24 X pojechać do Krajna i próbować znowu: „Nie dajcie się biedzie i brońcie się jej. Bijcie, zabijajcie nieprzyjaciół waszych, mordujcie urzędników, którzy was uciskają i krew waszą wysysają, mordujcie starszych [znaczniejszych] panów. A pozostaniemy wszyscy równi, wszyscy zbliżeni do siebie bracia […]. Nie będzie się odrabiać pańszczyzny, płacić czynszów i podatków, kupować drzewa.” Na tym właśnie wiecu był donosiciel, którego informacja była przesądzająca o aresztowaniu księdza, które nastąpiło 25 października. Potem namiestnik cara w rejonach penetrowanych przez konspiratorów zarządza stan wyjątkowy i choć nie doszło nigdzie do wystąpień powstańczych, to wojsko stało w pełnej gotowości. Zostaje aresztowanych wielu chłopów i sporo młodzieży mieszczańsko-urzędniczej. Samo śledztwo przeciw Ściegiennemu trwało około 9 miesięcy, w czasie którego oskarżony po początkowym zaprzeczaniu zaczął wszystko szczegółowo opowiadać. Co prawda najbardziej obciążał siebie, o innych mówił okrętnie, ale jednak sypał. Jeszcze przed procesem, książę Paskiewicz, carski namiestnik, doprowadził do pozbawienia Ściegiennego przez kościół godności kapłańskiej. Potem [już były] ksiądz został przewieziony z warszawskiej Cytadeli specjalnie do Kielc na wykonanie wyroku chłosty, a po kilku dniach urządzono z nim iście teatralne przedstawienie egzekucyjne. 7 maja 1846 roku na kieleckim rynku wzniesiono szubienicę, na plac spędzono mieszkańców miasta i chłopów z okolicznych wsi, kat w czerwonym płaszczu założył Ściegiennemu pętlę na szyję, a potem oficer odczytał rzekome ułaskawienie carskie wraz decyzją zsyłki na Syberię na bezterminową katorgę [co zdecydowano już w kwietniu, czyli miesiąc przed udawaną egzekucją]. Na miejsce skazania odległe o 6 tysięcy kilometrów jego droga trwa prawie rok. Na zesłaniu nie odstępuje od swoich poglądów [choć inni zesłańcy nie ukrywali swej nieżyczliwej ironii wobec utopijnych wizji księdza], w 1857 pisze nawet nową pracę „Aforyzmy, czyli rzucone myśli do odszukania i oznaczenia źródła nieszczęść, ród ludzki trapiących”. W pewnym okresie próbuje wcielić w życie swoje pomysły kolektywnej pracy i równego podziału dóbr, ale projekt upada „po krótkim przeciągu czasu, gdy się okazało, że leniwi pilnych wyzyskują”. Do Polski wraca wyniszczony po 25 latach, w 1871 roku, a dopiero w 1883 roku zostaje przywrócony do stanu duchownego. W 1887 odwiedza go Ludwik Kulczycki, współzałożyciel II Proletariatu i po rozmowie z księdzem odnosi wrażenie, że jest on na bieżąco zorientowany politycznie, że interesuje się ruchem socjalistycznym. Z późnych pism księdza Ściegiennego wynika jednak, że „cały problem ze sfery stosunków społeczno-politycznych przeniesiony został do sfery moralności, a miejsce wezwania do walki rewolucyjnej zajęły w istocie rzeczy apele do samodoskonalenia”. Piotr Ściegienny umiera w 1890 roku, a jego pogrzeb przeradza się w wielką manifestację gromadząc robotników i chłopów z Lublina i okolicznych wsi. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
POWRóT DO źRóDEł
Teksty w PDF
WARTO ZOBACZYĆ
|